piątek, 16 października 2015

Od Debory CD Alayny

   Ulga i lęk. To nie mogła być moja krew... zauważyli by, że nie jest w pełni ludzka. Dowiedzieliby się, że mam w sobie obce DNA. Ale grupa nowej krwi się zgadza... choć z drugiej strony, mam AB+, jestem idealnym biorcą. Nic więc dziwnego, że w moich żyłach nie rozpętała się wojna.
   Alayna musiała dać im swoja krew. Nie będę wnikać w to, jak zmusiła ich, by wbili igłę jej, zamiast mi. Pewnie przekupiła... że też nie stali się podejrzliwi.  Pamiętam tego lekarza, był w zespole Lionell'a. Niezwykle uczciwy człowiek, daje z siebie wszystko, by jego pacjenci opuścili szpital zdrowi. Dziewczyna wyszła, ale to mi nie szkodzi.
   Zamknęłam oczy, pora pospać nieco dłużej niż pół godziny. Musze odpoczywać, by wrócić do zdrowia.

***

   Gdy tylko się przebudziłam - z samego rana - odwiedził mnie lekarz.
- Witam. - powiedział. Miałam ochotę mu odpowiedzieć, lecz nadal jestem na to jakby za słaba. - mam nadzieję, że spało się pani w miarę dobrze. Przynoszę dobre wieści... poleży tu pani jeszcze tylko dobę, potem może się pani wypisać. Oczywiście, jeśli nadal jest pani tak zabiegana, jak kiedyś. - Pamięta mnie. jak siedziałam przy łóżku Lionella i modliłam się, by się przebudził... a potem przestałam przychodzić. Nie było szans. Kiwnęłam głową, by dać znak, że usłyszałam słowa lekarza. W tym samym momencie jego komunikator zaczął chorobliwie pikać. Dr. Zalersky spojrzał w jego mały ekranik, po czym wybiegł na korytarz, nietypowo rozpromieniony... tymczasem ja wpadłam na pewien pomysł.
   Skoro chcą mnie-człowieka, wypisać już juro, to ja-mutant jestem już właściwie zdrowa. Noga trochę poboli, ale powinnam dać radę chodzić. Tylko... Ruszyłam się. Nie bolało. W porządku... Wyrwałam kroplówki trzymające mnie przy łóżku. Pozostaje wstać. Uśmiechnęłam się, zmieniając się w wilka. Gips nagle stał się na mnie zbyt duży, wysunęłam więc z niego łapę bez problemu. Znów byłam człowiekiem, wyszłam z sali.
   Ale... co dalej? Alayny już nie uśmiecha mi się zabijać. Nie chodzi nawet o to, że mi pomogła, czy że nie dała mnie złapać mimo wiedzy o moim prawdziwym obliczu. Po prostu z chwilą, w której nie uciekła przede mną, gdy się obudziłam - bo właśnie widzę ją siedzącą na korytarzu - przestała być jakimkolwiek wyzwaniem. Nie zabijasz, bo musisz... zabijasz dla przyjemności. A morderstwo, przy którym nawet trochę się nie namęczyło nie jest w stanie zapewnić choćby odrobiny satysfakcji. Ale mimo to wolę nie zrywać kontaktu. Lepiej mieć blisko wrogów, i tych, którzy wrogami stać się mogą. Podeszłam do niej.
- Dzięki. - Powiedziałam do dziewczyny kryjącej głowę w dłoniach. najwyraźniej się nie wyspała, jednak usłyszawszy mój głos błyskawicznie podniosła wzrok.
- Co ty tu... - Zaczęła, najwyraźniej zaskoczona. W jednej chwili widzi mnie ledwo ruszającą się w łóżku szpitalnym, a kilka godzin później podchodzę do niej jakby nigdy nic na korytarzu.
- Już nie boli. - Przerwałam jej. - Ale zostanie blizna. - Wskazałam na stosunkowo niewielki ślad kolców pułapki myśliwskiej. Zapewne gdybym nie miała w sobie genów dzikich, blizny byłyby o wiele większe... i zabliźniałyby się kilka tygodni. Kąciki moich ust jakby wykrzywiły się w zalążkach uśmiechu. - Czemu mi pomogłaś? - Spytałam, jakbym nie miała pojęcia... prawda oczywiście jest taka, że, mimo iż nie jestem ekspertką i nie skończyłam studiów psychologicznych, coś niecoś o ludzkiej psychice wiem. Są stosunkowo miękcy. Zasłaniają się moralnością, jednocześnie twierdząc, że zwierzęta nie czują bo są pozbawione "duszy" - nieokreślonego ducha, który ukrywa się w ich ciałach... bezsens, ale najwyraźniej w jakiś sposób logiczny, skoro całe tysiące ludzi w to wierzy. Boją się zabijać, podczas, gdy ich przodkowie robili to bezustannie. Suka potrafi odrzucić najsłabsze szczeniaki z miotu, a ludzie boją się dokonać aborcji niechcianego dziecka - które później trafia na śmietnik, bo nikt nie chce się nim zająć. Większość ich działań jest pozbawione sensu, złe... ale to ci, którzy tępią słabych - w pewien sposób dokonują selekcji wśród ich społeczeństwa - są potworami.
   Alayna mi nie odpowiedziała. Wpatrywała się tylko w moje oczy, jakby próbowała zmusić mnie do przybrania prawdziwej formy.
- Nie świdruj mnie tak, bo faktycznie się zmienię. - Czyżby z moich ust wydobył się prawdziwy, szczery żart? Pierwszy od zniknięcia Lionell'a. Nadal milczała, i takim sposobem nastała niezręczna cisza, którą po kilku minutach postanowiłam przerwać.
- Co powiesz na to, abyśmy odwiedziły kogoś? - Zaproponowałam. Ponownie na mnie spojrzała, wyraźnie zaskoczona. Pewnie teraz rozmyśla "To ona ma kogokolwiek?".
- Pewnie... - Powiedziała w końcu, doszedłszy pewnie do wniosku iż mówię serio. Szłyśmy w milczeniu, lecz z każdą chwila mój entuzjazm wzrastał... nie byłam tu od dawna. Bardzo dawna, bo nie miałam ku temu okazji. Poza tym... zapomniałam.
- Czemu idziemy do tego... - Spojrzała na tabliczkę zawieszoną na drzwiach pokoju, w którym leżał jeden z wielu ludzi w śpiączce. - Lionell'a?
- To był mój chłopak. Miał wypadek. - Poinformowałam ją, szturmując niemal drzwi. Do pokoju, w którym leżał mój były ukochany wpadłam z takim hukiem, że przez ułamek sekundy miałam wrażenie, jakby podniósł wzrok. Nie zrobił tego, nie mógłby. To by znaczyło, że się przebudził, a to niemożliwe. Dziewczyna cały czas stała w progu. najwyraźniej nie miała odwagi wejść i przyjrzeć się mojej pierwszej, jedynej i prawdopodobnie ostatniej miłości z czasów, gdy były we mnie jeszcze resztki uczuć na tyle duże, bym była w stanie kogoś pokochać.
   W ogóle się nie zmienił.
- Cześć, kochanie. - Powiedziałam. W tym momencie sama się zaskoczyłam. W tym pokoju powróciły do mnie uczucia. Wszystkie. Zapewne dy stąd wyjdę, znów zmienię się w pozbawioną skrpułów bestię, Dzierzbę. Ale póki co... jestem pogrążoną w rozpaczy dziewczyną stojącą nad swoim chłopakiem w śpiączce. Poczułam, jakby mi odpowiadał, choć jego usta się nie ruszyły. Czułam, jak w głębi się uśmiecha, pragnie powiedzieć Wróciłaś, lecz nie może... ale ja wiem. Wiem, że się cieszy. Musi.
- Kasgo też. - Powiedziałam niby do siebie, a jednak do niego. - Ale to nieważne... - Szepnęłam. - Nadal czekam. - Złapałam go za rękę. jestem pewna, że gdyby mógł. Gdyby nie był uwięziony w klatce własnego ciała, sam zrobiłby to gdy tylko weszłam do sali. W tym samym momencie poczułam za sobą oddech, to Alayna w końcu odważyła się stanąć przy mnie.
- Przepraszam. - Powiedziałam. Sama nie wiem, do którego z nich... może do obojga?
<Alayna?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz