W klanie jestem już od bardzo dawna. Właściwie niedługo po moim urodzeniu i przemianie trafiłem pod drzwi moich przybranych rodziców... nie mam pojęcia, czemu akurat do nich mnie zaniesiono. Logiczni rzecz biorąc, ktoś, kto był moją matką musiał wiedzieć, kim... czym jestem, a mimo to zaniósł mnie pod próg łowców, jakby wiedział, że nic mi nie zrobią. Że nie skrzywdzą niczego winnego dziecka. Że, wtedy jeszcze młoda, panna O'Brien, otworzywszy drzwi, od razu zakocha się w niemowlaku z przywiązaną karteczką z napisem "William". Że świeże po ślubie małżeństwo, które akurat pragnęło założyć rodzinę, lecz nie udawało się to mu, zaadoptuje wyrzutka, który w innym przypadku by nie przeżył.
Mimo mojej wyjątkowości wśród łowców wcale nie mam się źle. Moi rodzice, gdy byłem jeszcze małym szkrabem, byli prawą ręką przywódców klanu. Gdy ci zmarli kilka lat temu, O'Brien'owie przejęli władzę, nie ma więc mowy, by ktokolwiek mógł sprzeciwić się im, czy też mi - ich synowi, najwyższemu rangą wśród kapturów. Tyle, że nawet, gdy nie byliśmy tak wysoko w hierarchii, raczej niewielu miało problem z moimi genami. Prawdę powiedziawszy, dziś nie pierwszy raz Corvo pomógł przy przesłuchaniu świadków. Czuję się tu naprawdę dobrze. owcy zawsze traktowali się nawzajem, i wciąż traktują, z należytym szacunkiem, nie gubiąc jednocześnie miana "kumpli". Gdy tylko się poznajemy, nie musimy przemawiać do siebie panie, od razu jesteśmy na ty i dobrze nam z tym. Problem polega tylko na tym, że inni zazwyczaj zmieniają swoje miejsce pobytu raz na kilka, kilkanaście - a niektórzy nawet wcale - lat. Ja z kolei, jako ten niezwykle przydatny i doświadczony, zostaje przenoszony co kilka tygodni, a czasem nawet co kilkoma dni, podczas nasileń. Szczególnie jesienią... choć nie jestem pewien, dlaczego akurat w tę porę roku mutanty tak często się ujawniają. jako jeden z nich nie odczuwam szczególnej różnicy między porami roku, jedynie te, które widać gołym okiem, ale nie wpływa to specjalnie na mnie jako mutanta.
Ale w każdym razie... przez to, że bezustannie zostaje przenoszony do innych miast, nie mam możliwości zapoznać się lepiej z łowcami w danych siedzibach. Przychodzę i odchodzę, jestem jednym z wielu krótkich epizodów w ich życiu, nie mam jak poznać ich na tyle, by mówienie iż są moimi przyjaciółmi nie było naciągane. Ludzie są różni, a ja w swoim życiu zaprzyjaźniłem się chyba tylko z kilkoma łowcami na tyle, by utrzymywać z nimi kontakt.
Niestety, Walter i Lumen nie byli jednymi z tych. Zniknęli bez śladu, razem z Alayn'ą. Od początku miałem wrażenie, że coś w tym wszystkim nie jest takie, jak powinno być. Ale czekałem, dobre pół godziny, bo może coś im się dłuży... zasada brzmi "Kiedy już się przemieniasz, rób to w odpowiedni sposób i na określony czas Ni mniej, ale też nie więcej, bo to może skończyć się dla ciebie źle." To są słowa Lucianny Hemingeway, nim odwróciła się od łowców i wyciągnęła dłoń pomocy ku mutantom. Swego czasu była mi całkiem pomocna... szkoda, że nas zdradziła. W każdym razie, nie mogłem zmienić się wcześniej, ani później, niż 40 - do 45 - minut po zmianie formy. Taka jest zasada i nie mogę jej złamać choćby raz.
Ale oni nie dawali znaku życia przez cały ten czas... nie wierzę, że tak długo ja przesłuchują. Do tego czasu już dawno zemdlałaby ze strachu, to zbyt więc dla jednej bezbronnej, młodej dziewczyny... zaraz. Kurwa! Młodej, bezbronnej... Will, idioto! Na coś ty pozwolił!? Zmieniłem się w kłębek nerwów i wściekłości. Spojrzałem zdenerwowany na zegar. Zostało dziesięć minut. Patrzyłem się na wskazówki próbując zmusić je, by poruszały się szybciej, lecz te, jakby na złość, zdawały się zwalniać coraz to bardziej.
- Pieprzyc to! - Rzuciłem swoim ptasim dziobem i wybiegłem na korytarze... Rozerwę tę dwójkę na strzępy, jeśli cokolwiek jej zrobili... Poprułem w stronę pokoju Waltera. Wyważyłem drzwi i wskoczyłem do środka. Pusto. Żachnąłem się w myślach. Zegar, Will. Spojrzałam na tarczę budzika stojącego na etażerce. Sześć minut. Nie zamknąłem nawet drzwi od pomieszczenia, pognałem po prostu do drugiego z pokoi i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia ponownie zmusiłem drzwi siłą do otworzenia się. Czyli się nie myliłem. Spojrzałem na dójkę maltretującą dziewczynę. Była naga, ale to jedynie pogarszało ich sytuację. Alayna nie miała siły nawet krzyczeć na widok wolnego stwora, który jeszcze pół godziny temu próbował ją zjeść. Dwójka jej oprawców spojrzała na mnie Przerażona. Od razu zeskoczyli z dziewczyny i zaczęli cofać się ku ścianie.
- Hey, Will... - Jęknął jeden z nich, próbując założyć spodnie, które jeszcze chwilę temu miał opuszczone do samych kostek. Robił to nieudolnie, cały się trząsł. Biedaczek Lumen, dostał jakby napadu padaczki na mała skalę ze strachu. - My... to nie tak, jak sobie myślisz. - Dalej jęczał opierając się o komodę. Walter nawet nie był w stanie wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Wpatrywał się tylko we mnie i czekał, najwyraźniej, na śmierć. Wiele mi można zarzucić, ale nie okrucieństwa, czy... tego. Jak stoję z czasem? Zerknąłem na identyczny jak wcześniej budzik. Perfekcyjnie.
- Ach tak? - Powiedziałem do nich, Alayna już dawno zeszła na bok. Zbierała rzeczy, nadal przestraszona i upokorzona do granic. Poczułem jej wzrok na sobie. Kolejne zaskoczenie. - A więc cóż takiego mogliście robić z nagą, raczej nie z własnej woli, dziewczyna na podłodze, w zamkniętym pokoju, gdy miała w ustach chustę, aby nie mogła krzyczeć... jak sądzę? - Syknąłem, robiąc kolejne kroki w ich stronę. Przywarli do ściany, lecz nie wydusili z siebie ani słowa. - Wiecie, co sobie myślę? - Stanąłem niewiele ponad dwadzieścia centymetrów od nich. Odległość skrajnie niebezpieczna. Szczególnie przy mnie, który mimo zakazu przemian w nadmiarze, nadal mogę nieźle skrzywdzić, nawet w formie ludzkiej. Jestem od nich wyższy. Od obojga... przełknęli ślinę. - Że zasługujecie na karę. Ale... nie moją, moi drodzy, a jej. - Wskazałem na Alaynę, która teraz także spojrzała na mnie, z lekkim niedowierzaniem ukrytym za srebrnymi łzami nadal wypływającymi z jej oczu. Odwróciłem sie ku niej. - Zrobimy tak. - Zacząłem. - Ty będziesz mówić, ja skrzywdzę ich tak, jak sobie zażyczysz... w porządku? - Spytałem, robiąc krok w jej stronę. także się cofnęła. Boi się, nie zdoła wydusić z siebie słowa... skoro tak, ukarzemy ich inaczej. - Dobrze. - Mruknąłem. - Idziemy. - Stwierdziłem, wyciągając ich z pokoju.
<Alayna? Miałam w zamyśle zaprowadzenie ich do rodziców Williama ale zdałam sobie sprawę, że oni są przecież w Baltimore xd Byłoby ciężko>
~
Kaptury - Tu słowo z gwary łowców określające łowcę działającego w terenie, polującego na mutanty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz