- Co ci się stało?! - przebiło się przez zaporę bólu. Nie mogłam odpowiedzieć... coś utrudniało mi, ba, uniemożliwiało, przemianę w człowieka. W obecnej formie nie mogę mówić. Złe struny głosowe, mowa nie jest możliwa. Spróbowałam chociaż zakrakać, lecz i to zdawało się niemożliwe. Wydobyłam z siebie jedynie dziwaczny pisk zduszony przez zaciśnięte gardło.
Nieświadomie zacisnęła dłonie na moim korpusie. Kurwa, puść mnie! Uszczypnęłam ją w palec, który, szczęśliwie dla mnie, trzymała tuż przy mojej głowie. Ledwie utrzymała mnie na rękach, sycząc. Z jej kciuka wyleciała niewielka kropla krwi, lecz na tym się skończyło... Ciesz się, że cię go nie pozbawiłam! Łypnęłam na nią, wciąż odczuwając przy tym skutki jej mocnego uścisku. A teraz połóż mnie tam... Wskazałam na wyglądającą przyjaźnie poduszkę na fotelu w salonie Alayn'y. Chyba zrozumiała, bo czym prędzej popędziła mnie na niej ułożyć... udało się jej nawet zrobić to tak, by nie pogorszyć mojego stanu. Dzięki. Uklęknęła przy mnie, przyglądając mi się za każdym razem, gdy otwierałam z trudem oczy. Cóż, starałam się zasnąć... i nie wychodziło mi to najlepiej.
Usłyszałam dzwonek do drzwi, a przy tym zapach... znajomy. Świeżo poznany. Nie... Nie! Tylko nie on... Alayna podeszła do drzwi mimo przerażenia, które okazałam dostatecznie wyraźnie. Pewnie go nie dostrzegła... Dlaczego ludzie muszą tak szybko się dekoncentrować!? wystarczyłby jeszcze ułamek sekundy! U-ła-mek, aby zobaczyła, że nie chcę, by ON tu wszedł!
Spróbowała otworzyć drzwi, lecz zapomniała o łańcuszku, który je przytrzymywał... och, dzięki bogom opiekującym się nad moją zwierzęcą duszą!
- Tak? - Dziewczyna spytała się blondyna.
- Witam. Nazywam się Walter Zalansky, wezwano mnie do pani. Sąsiedzi twierdzą, że coś się u pani dzieje. - Zakomunikował i wysunął przez szparę w wejściu odznakę policyjną... No bez żartów! Policją będziesz teraz czarować? Zadziałało. Alayna wpuściła "Zalanskyego".
- Hm... a cóż to za maleństwo? - Spytał zasmuconym głosem kucając nade mną. Jego szyderczy uśmieszek chyba pozostanie w mojej głowie po kres moich dni.
- Wleciał tu chwilę temu. Biedak, coś musiało go zaatakować. - Powiedziała Alayn'a. Kiepsko zło jej kłamanie... lepiej się zamknij. Spojrzałam wściekle na nią. Chyba zrozumiała bo przełknęła ślinę i zacisnęła zęby.
- W porządku... - Pwiedział gość. - Czy mógłbym się rozejrzeć dookoła? - Spytał. - Wie pani, tak dla pewności, czy aby na pewno nikogo tu nie ma. - Czyżby puścił do niej oczko? Kiwnęła głową więc wstał. Zaczął pozorować zwiedzanie mieszkania... poważnie?
Alayna za to od razu podbiegła do nie.
- To on ci to zrobił? - Spytała, jakby nie mogła się tego domyślić o własnych siłach. Tak, kurwa, to on... a tys go tu wpuściła! Już po mnie, rozumiesz? PO MNIE! Czy ona na prawdę odebrała to jako "nie"? Ratujcie mnie, o Bogowie! Walter Skończył i wrócił do nas.
- Wygląda na to, że nikt na panią nie czyha. - Zaśmiał się. - Jeśli pani pozwoli, zabiorę ptaszka ze sobą. Mam u siebie już dwie ranne papugi porzucone przez właścicieli i wróbla, który rozbił się w zeszły piątek o okno sąsiada. Kruczkowi na pewno nic u mnie nie grozi. - Nieźle udajesz, przyznaję... uwierzyła ci.
- Tak... proszę. - Powiedziała. Przez ciebie jutro będę martwa, wielkie dzięki. Ale przynajmniej wiem, że to nie ona na mnie doniosła. Wiedziałaby, kim on jest. I to bynajmniej nie "jakimś tam Walterem Zalanskym", a raczej jednym z najniebezpieczniejszych łowców. Poznaję go... ten, który kiwnął się z łap śmierci. Mutant wychowany przez łowców, wyrzutek obu grup, a jednocześnie diament w pierścieniach ich członków. Ten, który zabija swoich pobrateńców. Nie pamiętam jego prawdziwego nazwiska... zawsze podaje się z jakiegoś innego, a jednocześnie przy tym żaden mutant jeszcze się mu nie kiwnął. Najwyraźniej będę kolejną kruczą łapka w jego woreczku na trofea.
- Ciekawe, jak się czujesz, kiedy zabijasz takich, jak ty. - Powiedziałam. Wiem, że on mnie rozumie... mutanty znają swoja mowę, nie tak, jak zwykli ludzie.
- Zwyczajnie - Stwierdził. - Jestem tylko ciekaw, co wy czujecie wiedząc, że za chwilę będziecie martwi. - Zaśmiał się.
- Zwyczajnie. - Sparowałam. - A ty? - Dodałam, gdy poczułam zastrzyk w karku. Podał mi środek cofający efekt braku przemiany. Bezzwłocznie zmieniłam formę. Skurwiel, zdążył odłożyć mnie na ziemię! - Brawo. - Skwitowałam. Przez chwilę milczał, w końcu jednak któreś musiało pęknąć.
- Nie myśl sobie, że dam ci się zmienić. - Stwierdził, łapiąc mnie mocno za rękę chwile przed przemianą w wilka. - I tak ci się nie uda. - Na jego twarzy znów pojawił się ten złośliwy uśmieszek. Nawet nie próbowałam. Wiem, że stałoby się coś cholernie nieprzyjemnego. - Lubi cię? - Spytał. Domyśliłam się, że chodzi o Alay'nę.
- Tak. Od pewnego czasu się przyjaźnimy. - Powiedziałam. Półprawda to, lecz chyba uwierzył. - A co?
- Zgadywałem. - Kolejny zastrzyk... kolejna dziurka w skórze, tym razem w ręce.Cholera... ile on ma ze sobą tych strzykawek!?
Obudziłam się w lesie. Tam, gdzie spotkałam się z nim pierwszy raz... po nim samym ani śladu. Zostawił tylko małą karteczkę, na która od razu się rzuciłam. Zaraz... jestem zdrowa?! Spojrzałam na brzuch. Po ranach ani śladu. Nie pamiętam nawet, co stało się po ostatnim zastrzyku.
"Nie ma za co, Deborah. Skoro okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują, nie zabiję cię. Współczuje z powodu Lionell'a. Nie zdziw się, jeśli mnie jeszcze spotkamy... wolałbym nie zrywać kontaktu. Trzymaj się dobrze.
Twój nowy znajomy i sprzymierzeniec, William."
Twój nowy znajomy i sprzymierzeniec, William."
<Alayna? Deb nie zdziwi się nawet, jeśli William cię odwiedzi xd zajrzyj na zakładkę członków
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz