Jak na razie robię przerwę... Muszę wszystko poukładać... Ten blog na razie zamykam nie powiem dla czego trudno wyjaśnić xD Ale powrócimy już nie długo czekajcie na nas :D
Prawdopodobnie wrócimy : 10 grudnia
piątek, 30 października 2015
wtorek, 27 października 2015
Od Alayn'y cd. William'a
Stałam jak wryta. I to jest najgorsze. Gdy nie możesz się w żaden sposób ruszyć, przez strach, który ogarnia twoje ciało. Paraliżuje cię. Tak samo było, gdy w ułamku sekundy zobaczyłam światła, które z ogromną szybkością się do mnie zbliżały, aż nie trafiły we mnie. Teraz tak się czułam, jak kiedyś. Tak jakbym miała za sekundę zginąć. Znowu upaść z impetem na ziemię, żeby poczuć ogromny ból głowy i może nie tylko, a potem ujrzeć ciemność i wątpić, aby jeszcze kiedyś ujrzeć ten sam błysk światła, który zobaczyłam po otworzeniu oczu w szpitalu. W tej chwili o prostu stałam i patrzyłam się wystraszona, ze łzami w oczach, na mężczyznę, który w tej chwili mnie uratował, ale i też na mężczyznę, dzięki któremu to się stało. Nawet nie wiem co teraz miałam czuć. Nienawiść, radość czy wdzięczność? Na pewno czułam strach i to nie taki mały. Do tego ból, fizyczny jak i psychiczny. Dobrze, że pasek z łatwością mogłam zdjąć z rąk. Gdy wszyscy troje opuścili salę, a ja się odsunęłam od drzwi, wzięłam głęboki oddech. Szybko. Przeszło mi przez myśl. Założyłam spodnie. Niestety góra była cała rozerwana, dlatego nałożyłam koszulkę, trzymając ją z przodu, gdzie byłą rozerwana. Nadal się okropnie czułam. Chciałam stąd jak najszybciej zniknąć. Podeszłam do drzwi i dotknęłam klamki. Bałam się, że jak tylko je otworzę, stanie się coś złego. Nawet nie wiem co. Najgorszej się bać strachu przeszło mi przez myśl. Ponownie wzięłam głęboki oddech, zamknęłam oczy i otworzyłam drzwi. Gdy przez dwie sekundy nic się nie działo, otworzyłam oczy. Ujrzałam przed sobą szarą ścianę. Rozejrzałam się po korytarzu. To gdzie teraz?
<William? Jak kogoś zobaczy, od razu spierdzieli. Gdyby jeszcze wiedziała gdzie>
<William? Jak kogoś zobaczy, od razu spierdzieli. Gdyby jeszcze wiedziała gdzie>
Od Williama CD Alayn'y
W klanie jestem już od bardzo dawna. Właściwie niedługo po moim urodzeniu i przemianie trafiłem pod drzwi moich przybranych rodziców... nie mam pojęcia, czemu akurat do nich mnie zaniesiono. Logiczni rzecz biorąc, ktoś, kto był moją matką musiał wiedzieć, kim... czym jestem, a mimo to zaniósł mnie pod próg łowców, jakby wiedział, że nic mi nie zrobią. Że nie skrzywdzą niczego winnego dziecka. Że, wtedy jeszcze młoda, panna O'Brien, otworzywszy drzwi, od razu zakocha się w niemowlaku z przywiązaną karteczką z napisem "William". Że świeże po ślubie małżeństwo, które akurat pragnęło założyć rodzinę, lecz nie udawało się to mu, zaadoptuje wyrzutka, który w innym przypadku by nie przeżył.
Mimo mojej wyjątkowości wśród łowców wcale nie mam się źle. Moi rodzice, gdy byłem jeszcze małym szkrabem, byli prawą ręką przywódców klanu. Gdy ci zmarli kilka lat temu, O'Brien'owie przejęli władzę, nie ma więc mowy, by ktokolwiek mógł sprzeciwić się im, czy też mi - ich synowi, najwyższemu rangą wśród kapturów. Tyle, że nawet, gdy nie byliśmy tak wysoko w hierarchii, raczej niewielu miało problem z moimi genami. Prawdę powiedziawszy, dziś nie pierwszy raz Corvo pomógł przy przesłuchaniu świadków. Czuję się tu naprawdę dobrze. owcy zawsze traktowali się nawzajem, i wciąż traktują, z należytym szacunkiem, nie gubiąc jednocześnie miana "kumpli". Gdy tylko się poznajemy, nie musimy przemawiać do siebie panie, od razu jesteśmy na ty i dobrze nam z tym. Problem polega tylko na tym, że inni zazwyczaj zmieniają swoje miejsce pobytu raz na kilka, kilkanaście - a niektórzy nawet wcale - lat. Ja z kolei, jako ten niezwykle przydatny i doświadczony, zostaje przenoszony co kilka tygodni, a czasem nawet co kilkoma dni, podczas nasileń. Szczególnie jesienią... choć nie jestem pewien, dlaczego akurat w tę porę roku mutanty tak często się ujawniają. jako jeden z nich nie odczuwam szczególnej różnicy między porami roku, jedynie te, które widać gołym okiem, ale nie wpływa to specjalnie na mnie jako mutanta.
Ale w każdym razie... przez to, że bezustannie zostaje przenoszony do innych miast, nie mam możliwości zapoznać się lepiej z łowcami w danych siedzibach. Przychodzę i odchodzę, jestem jednym z wielu krótkich epizodów w ich życiu, nie mam jak poznać ich na tyle, by mówienie iż są moimi przyjaciółmi nie było naciągane. Ludzie są różni, a ja w swoim życiu zaprzyjaźniłem się chyba tylko z kilkoma łowcami na tyle, by utrzymywać z nimi kontakt.
Niestety, Walter i Lumen nie byli jednymi z tych. Zniknęli bez śladu, razem z Alayn'ą. Od początku miałem wrażenie, że coś w tym wszystkim nie jest takie, jak powinno być. Ale czekałem, dobre pół godziny, bo może coś im się dłuży... zasada brzmi "Kiedy już się przemieniasz, rób to w odpowiedni sposób i na określony czas Ni mniej, ale też nie więcej, bo to może skończyć się dla ciebie źle." To są słowa Lucianny Hemingeway, nim odwróciła się od łowców i wyciągnęła dłoń pomocy ku mutantom. Swego czasu była mi całkiem pomocna... szkoda, że nas zdradziła. W każdym razie, nie mogłem zmienić się wcześniej, ani później, niż 40 - do 45 - minut po zmianie formy. Taka jest zasada i nie mogę jej złamać choćby raz.
Ale oni nie dawali znaku życia przez cały ten czas... nie wierzę, że tak długo ja przesłuchują. Do tego czasu już dawno zemdlałaby ze strachu, to zbyt więc dla jednej bezbronnej, młodej dziewczyny... zaraz. Kurwa! Młodej, bezbronnej... Will, idioto! Na coś ty pozwolił!? Zmieniłem się w kłębek nerwów i wściekłości. Spojrzałem zdenerwowany na zegar. Zostało dziesięć minut. Patrzyłem się na wskazówki próbując zmusić je, by poruszały się szybciej, lecz te, jakby na złość, zdawały się zwalniać coraz to bardziej.
- Pieprzyc to! - Rzuciłem swoim ptasim dziobem i wybiegłem na korytarze... Rozerwę tę dwójkę na strzępy, jeśli cokolwiek jej zrobili... Poprułem w stronę pokoju Waltera. Wyważyłem drzwi i wskoczyłem do środka. Pusto. Żachnąłem się w myślach. Zegar, Will. Spojrzałam na tarczę budzika stojącego na etażerce. Sześć minut. Nie zamknąłem nawet drzwi od pomieszczenia, pognałem po prostu do drugiego z pokoi i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia ponownie zmusiłem drzwi siłą do otworzenia się. Czyli się nie myliłem. Spojrzałem na dójkę maltretującą dziewczynę. Była naga, ale to jedynie pogarszało ich sytuację. Alayna nie miała siły nawet krzyczeć na widok wolnego stwora, który jeszcze pół godziny temu próbował ją zjeść. Dwójka jej oprawców spojrzała na mnie Przerażona. Od razu zeskoczyli z dziewczyny i zaczęli cofać się ku ścianie.
- Hey, Will... - Jęknął jeden z nich, próbując założyć spodnie, które jeszcze chwilę temu miał opuszczone do samych kostek. Robił to nieudolnie, cały się trząsł. Biedaczek Lumen, dostał jakby napadu padaczki na mała skalę ze strachu. - My... to nie tak, jak sobie myślisz. - Dalej jęczał opierając się o komodę. Walter nawet nie był w stanie wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Wpatrywał się tylko we mnie i czekał, najwyraźniej, na śmierć. Wiele mi można zarzucić, ale nie okrucieństwa, czy... tego. Jak stoję z czasem? Zerknąłem na identyczny jak wcześniej budzik. Perfekcyjnie.
- Ach tak? - Powiedziałem do nich, Alayna już dawno zeszła na bok. Zbierała rzeczy, nadal przestraszona i upokorzona do granic. Poczułem jej wzrok na sobie. Kolejne zaskoczenie. - A więc cóż takiego mogliście robić z nagą, raczej nie z własnej woli, dziewczyna na podłodze, w zamkniętym pokoju, gdy miała w ustach chustę, aby nie mogła krzyczeć... jak sądzę? - Syknąłem, robiąc kolejne kroki w ich stronę. Przywarli do ściany, lecz nie wydusili z siebie ani słowa. - Wiecie, co sobie myślę? - Stanąłem niewiele ponad dwadzieścia centymetrów od nich. Odległość skrajnie niebezpieczna. Szczególnie przy mnie, który mimo zakazu przemian w nadmiarze, nadal mogę nieźle skrzywdzić, nawet w formie ludzkiej. Jestem od nich wyższy. Od obojga... przełknęli ślinę. - Że zasługujecie na karę. Ale... nie moją, moi drodzy, a jej. - Wskazałem na Alaynę, która teraz także spojrzała na mnie, z lekkim niedowierzaniem ukrytym za srebrnymi łzami nadal wypływającymi z jej oczu. Odwróciłem sie ku niej. - Zrobimy tak. - Zacząłem. - Ty będziesz mówić, ja skrzywdzę ich tak, jak sobie zażyczysz... w porządku? - Spytałem, robiąc krok w jej stronę. także się cofnęła. Boi się, nie zdoła wydusić z siebie słowa... skoro tak, ukarzemy ich inaczej. - Dobrze. - Mruknąłem. - Idziemy. - Stwierdziłem, wyciągając ich z pokoju.
<Alayna? Miałam w zamyśle zaprowadzenie ich do rodziców Williama ale zdałam sobie sprawę, że oni są przecież w Baltimore xd Byłoby ciężko>
~
Kaptury - Tu słowo z gwary łowców określające łowcę działającego w terenie, polującego na mutanty.
Mimo mojej wyjątkowości wśród łowców wcale nie mam się źle. Moi rodzice, gdy byłem jeszcze małym szkrabem, byli prawą ręką przywódców klanu. Gdy ci zmarli kilka lat temu, O'Brien'owie przejęli władzę, nie ma więc mowy, by ktokolwiek mógł sprzeciwić się im, czy też mi - ich synowi, najwyższemu rangą wśród kapturów. Tyle, że nawet, gdy nie byliśmy tak wysoko w hierarchii, raczej niewielu miało problem z moimi genami. Prawdę powiedziawszy, dziś nie pierwszy raz Corvo pomógł przy przesłuchaniu świadków. Czuję się tu naprawdę dobrze. owcy zawsze traktowali się nawzajem, i wciąż traktują, z należytym szacunkiem, nie gubiąc jednocześnie miana "kumpli". Gdy tylko się poznajemy, nie musimy przemawiać do siebie panie, od razu jesteśmy na ty i dobrze nam z tym. Problem polega tylko na tym, że inni zazwyczaj zmieniają swoje miejsce pobytu raz na kilka, kilkanaście - a niektórzy nawet wcale - lat. Ja z kolei, jako ten niezwykle przydatny i doświadczony, zostaje przenoszony co kilka tygodni, a czasem nawet co kilkoma dni, podczas nasileń. Szczególnie jesienią... choć nie jestem pewien, dlaczego akurat w tę porę roku mutanty tak często się ujawniają. jako jeden z nich nie odczuwam szczególnej różnicy między porami roku, jedynie te, które widać gołym okiem, ale nie wpływa to specjalnie na mnie jako mutanta.
Ale w każdym razie... przez to, że bezustannie zostaje przenoszony do innych miast, nie mam możliwości zapoznać się lepiej z łowcami w danych siedzibach. Przychodzę i odchodzę, jestem jednym z wielu krótkich epizodów w ich życiu, nie mam jak poznać ich na tyle, by mówienie iż są moimi przyjaciółmi nie było naciągane. Ludzie są różni, a ja w swoim życiu zaprzyjaźniłem się chyba tylko z kilkoma łowcami na tyle, by utrzymywać z nimi kontakt.
Niestety, Walter i Lumen nie byli jednymi z tych. Zniknęli bez śladu, razem z Alayn'ą. Od początku miałem wrażenie, że coś w tym wszystkim nie jest takie, jak powinno być. Ale czekałem, dobre pół godziny, bo może coś im się dłuży... zasada brzmi "Kiedy już się przemieniasz, rób to w odpowiedni sposób i na określony czas Ni mniej, ale też nie więcej, bo to może skończyć się dla ciebie źle." To są słowa Lucianny Hemingeway, nim odwróciła się od łowców i wyciągnęła dłoń pomocy ku mutantom. Swego czasu była mi całkiem pomocna... szkoda, że nas zdradziła. W każdym razie, nie mogłem zmienić się wcześniej, ani później, niż 40 - do 45 - minut po zmianie formy. Taka jest zasada i nie mogę jej złamać choćby raz.
Ale oni nie dawali znaku życia przez cały ten czas... nie wierzę, że tak długo ja przesłuchują. Do tego czasu już dawno zemdlałaby ze strachu, to zbyt więc dla jednej bezbronnej, młodej dziewczyny... zaraz. Kurwa! Młodej, bezbronnej... Will, idioto! Na coś ty pozwolił!? Zmieniłem się w kłębek nerwów i wściekłości. Spojrzałem zdenerwowany na zegar. Zostało dziesięć minut. Patrzyłem się na wskazówki próbując zmusić je, by poruszały się szybciej, lecz te, jakby na złość, zdawały się zwalniać coraz to bardziej.
- Pieprzyc to! - Rzuciłem swoim ptasim dziobem i wybiegłem na korytarze... Rozerwę tę dwójkę na strzępy, jeśli cokolwiek jej zrobili... Poprułem w stronę pokoju Waltera. Wyważyłem drzwi i wskoczyłem do środka. Pusto. Żachnąłem się w myślach. Zegar, Will. Spojrzałam na tarczę budzika stojącego na etażerce. Sześć minut. Nie zamknąłem nawet drzwi od pomieszczenia, pognałem po prostu do drugiego z pokoi i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia ponownie zmusiłem drzwi siłą do otworzenia się. Czyli się nie myliłem. Spojrzałem na dójkę maltretującą dziewczynę. Była naga, ale to jedynie pogarszało ich sytuację. Alayna nie miała siły nawet krzyczeć na widok wolnego stwora, który jeszcze pół godziny temu próbował ją zjeść. Dwójka jej oprawców spojrzała na mnie Przerażona. Od razu zeskoczyli z dziewczyny i zaczęli cofać się ku ścianie.
- Hey, Will... - Jęknął jeden z nich, próbując założyć spodnie, które jeszcze chwilę temu miał opuszczone do samych kostek. Robił to nieudolnie, cały się trząsł. Biedaczek Lumen, dostał jakby napadu padaczki na mała skalę ze strachu. - My... to nie tak, jak sobie myślisz. - Dalej jęczał opierając się o komodę. Walter nawet nie był w stanie wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Wpatrywał się tylko we mnie i czekał, najwyraźniej, na śmierć. Wiele mi można zarzucić, ale nie okrucieństwa, czy... tego. Jak stoję z czasem? Zerknąłem na identyczny jak wcześniej budzik. Perfekcyjnie.
- Ach tak? - Powiedziałem do nich, Alayna już dawno zeszła na bok. Zbierała rzeczy, nadal przestraszona i upokorzona do granic. Poczułem jej wzrok na sobie. Kolejne zaskoczenie. - A więc cóż takiego mogliście robić z nagą, raczej nie z własnej woli, dziewczyna na podłodze, w zamkniętym pokoju, gdy miała w ustach chustę, aby nie mogła krzyczeć... jak sądzę? - Syknąłem, robiąc kolejne kroki w ich stronę. Przywarli do ściany, lecz nie wydusili z siebie ani słowa. - Wiecie, co sobie myślę? - Stanąłem niewiele ponad dwadzieścia centymetrów od nich. Odległość skrajnie niebezpieczna. Szczególnie przy mnie, który mimo zakazu przemian w nadmiarze, nadal mogę nieźle skrzywdzić, nawet w formie ludzkiej. Jestem od nich wyższy. Od obojga... przełknęli ślinę. - Że zasługujecie na karę. Ale... nie moją, moi drodzy, a jej. - Wskazałem na Alaynę, która teraz także spojrzała na mnie, z lekkim niedowierzaniem ukrytym za srebrnymi łzami nadal wypływającymi z jej oczu. Odwróciłem sie ku niej. - Zrobimy tak. - Zacząłem. - Ty będziesz mówić, ja skrzywdzę ich tak, jak sobie zażyczysz... w porządku? - Spytałem, robiąc krok w jej stronę. także się cofnęła. Boi się, nie zdoła wydusić z siebie słowa... skoro tak, ukarzemy ich inaczej. - Dobrze. - Mruknąłem. - Idziemy. - Stwierdziłem, wyciągając ich z pokoju.
<Alayna? Miałam w zamyśle zaprowadzenie ich do rodziców Williama ale zdałam sobie sprawę, że oni są przecież w Baltimore xd Byłoby ciężko>
~
Kaptury - Tu słowo z gwary łowców określające łowcę działającego w terenie, polującego na mutanty.
niedziela, 25 października 2015
Od Alayn'y cd. Williama
Aaaaaaaaaa krzyczałam w myślach. Próbowałam się uspokoić. Najmniejszy błąd i już zapewne po mnie. Dobra dobra dobra... dziewczyno, uspokój się patrzyłam na mężczyznę w ciszy, jakby mi obcięli język.
- Zapytam jeszcze raz - powiedział ostrym głosem. - Znasz Deborah Morgan? - ok... co on ci mówił? Zginęła mi na rękach. No dobra... Ale mam ją znać?! przełknęłam ślinę. Spojrzałam na to coś... Tylko nie krzycz, tylko nie krzycz... Kiwnęłam twierdząco głową. Najwyżej poboli i przestanie próbowałam się jakoś uspokoić faktem, że chociaż mój jeden najdrobniejszy błąd, to moja śmierć.
- Tak - powiedziałam cicho, praktycznie niedosłyszalnie.
- A mówi ci coś William O'Brian? - pokręciłam przecząco głową. Może i w tamtym momencie uciekałam. Jednak wszystko dobrze pamiętam.
- Nie... - powiedziałam jeszcze ciszej, o ile to możliwe.
- Mów głośniej - usłyszałam głos drugiego mężczyzny, który stał w progu i się opierał o framugę. Wtedy te zwierzę zawarczało czy co tam zrobiło, obśliniło się, jakby był głodny.
- A mówią ci coś te nazwiska, Lucianna Hemingeway albo Kevin Dutton? - pokręciłam stanowczo głową. Nie słyszałam nawet o nich.
- A teraz przejdźmy do twojej znajomości z Deborah - spojrzałam w oczy tego stworzenia. Jakieś znane mi się wydały... jednak po kilku sekundach patrzenia w nie i znalezienia czegoś, co było jakieś znajome, wystraszyłam się, gdyż stworzenie chciało na mnie skoczyć. - Jak długo ją znasz? - mężczyzna zapytał jakby nigdy nic, jednak usłyszałam w jego głosie śmiech. Byłam wystraszona. Koniec. Proszę.
- Dwa dni - powiedziałam głośniej, jak mi kazano. Nogi podkuliłam, a ręce oparłam na brzegach krzesła i je wyprostowałam. Sama zaś odsunęłam się znacznie do tyłu, jak to było możliwe.
- Kiedy ją ostatnio widziałaś? - pomyślałam chwilę. Zginęła ci na rękach przypomniały mi się jego słowa. Cztery dni temu w postaci kruka została zabrana.
- Kilka dni temu.
- A jakieś szczegóły? - zginęła mi na rękach
- Znalazłam ją w lesie zakrwawioną - zaczęłam coś wymyślać. Nie patrzyłam nikomu w oczy, tylko na podłogę. W oczach pojawiły mi się łzy. - Wykrwawiła się na śmierć... na moich rękach - delikatnie się rozbeczałam. Kilka łez spłynęło mi po policzku. Niech myślą, że to prawda. Tak na prawdę łzy pojawiły się stąd, że strasznie się teraz bałam. Przez kilka sekund żadnego pytania. W końcu jednak podszedł bliżej mężczyzna, który stał przy drzwiach.
- Wiesz kto to jest mutant, albo łowca? - zapytał. Otworzyłam delikatnie oczy. Na ten temat nic nie mówiłeś. Wiem kto to. Deborah jest mutantem, ty jesteś łowcą. Co mam mówić? Podniosłam głowę nie wiedząc co powiedzieć. - Słyszysz? - on był ostrzejszy. Stworzenie znowu wydało z siebie przerażający dźwięk. Wzdrygnęłam się, patrząc na nie, jednak szybko wzrok przeniosłam na tego mężczyznę.
- Nie wiem kto to. Pierwsze słyszę - powiedziałam z drżącym głosem. Byli ode mnie zaledwie kilka centymetrów. Nieswojo się czułam. Po za tym ich oczy były przerażające. Spojrzeli po sobie. Kiwnęli do siebie głowami.
- Zabierz stąd Corvo. Ja jeszcze zadam jej parę pytań. Powinna współpracować - spojrzał na mnie. Wzrok jego mówił za siebie. Współpracuj, bo będzie boleć. Drugi kiwnął głową. Chwycił łańcuch, na którym było stworzenie. Monstrum jeszcze klapnęło do mnie dziobek, jakby chcąc mnie posmakować, jednak zostało odciągnięte ode mnie i zabrane z pokoju. Mężczyzna, który tu został ze mną, zbliżył się nieznacznie. - Będziesz współpracować. Prawda? - złapał mnie za brodę. Kilka łez jeszcze spłynęło w dół po policzkach. kiwnęłam twierdząco głową. - To dobrze. Wstawaj - wykonałam posłusznie polecenie. Mężczyzna złapał mnie za nadgarstek i pociągnął gdzieś. Wyszliśmy z tego pomieszczenia. Ukazał się mi jakiś długi korytarz. Weszliśmy przez jedne drzwi. - Jeden z pokoi, gdzie nie ma lustra - po tym słowie rzucił mnie na ziemię. Odwróciłam się w jego stronę. Kucnął przy mnie i mi spojrzał w oczy. - Niezła z ciebie dup* - po tym słowie złapał mnie za pierś, jednak ja go popchnęłam.
- Zostaw mnie - powiedziałam wstając. Strach się coraz bardziej nasilał. Proszę, nie. Zaśmiał się, wtem do pokoju wszedł ten sam mężczyzna, który miał odprowadzić Corvo.
- Zaczynamy zabawę? - w dłoni trzymał jakąś chustę. Spojrzałam na nią, po czym podsunęłam się do ściany.
- Nie - powiedziałam pewnie. To była dla mnie i dla nich jakaś odmiana, w tym krótkim czasie.
- Mała się stawia? - podszedł do mnie, po czym mnie złapał mocno za rękę. Nie mogłam jej wyciągnąć, z jego uścisku. Pociągnął mnie za sobą. Odwrócił mnie i założył mi blokadę. Dłoń miałam na plecak, wygiętą.
- To boli! Puść mnie! - zaśmiali się. Na usta założył mi chustę. Nie mogłam nic powiedzieć. Próbowałam się w jakiś sposób wyrwać, ale zakończyło się tylko bólem ręki. Złapał mnie za drugą rękę. Ten, który założył mi chustę, zdjął pasek ze spodni i zawiązał mi ręce. Rzucili mnie na podłogę. Nie mogłam wstać. Jedynie nogi miałam wolne, ale któryś z nich stanął mi na włosy, więc każde podniesienie się, kończyło się bólem.
- Zaczynamy, zanim nas znajdzie - usłyszałam, po czym oboje rozpięli rozporki. Zamknęłam oczy. Poczułam, jak zdejmują mi spodnie, a wraz z nimi majtki. Miotałam się, ale jedna słaba dziewczyna, kontra dwa silne chłopy, to przegrana walka dziewczyny już na samym początku.
- Nie przesadzaj. Może sam się dołączy, jak nas zobaczy - podnieśli mnie. Otworzyłam oczy. Zrobiłam się czerwona, więc odwróciłam wzrok. Po chwili wylądowałam już nie na ziemi, ale na jednym z nich. Uśmiechał się jak szatan, który wygrał wojnę z Bogiem, albo jakby zabił anioła. Drugi pociągnął mnie za związane ręce, więc się podniosłam. Zamiast zdjąć, porwali moją koszulkę, tak samo jak stanik. Wybuchłam niekontrolowanym płaczem. Powoli jeden nakierował swojego penisa w moją pochwę. Gdy trafił, delikatnie mnie popchnęli na niego, jednak ja się opierałam. W końcu drugi pomógł. Zatrzymał się już na początku. Poczułam ból. Nie chciał wejść. Gdy na chama mnie popchnęli w dół, poczułam ogromny ból. Nie wiem do czego można go porównać. Może do obdzierania kogoś ze skóry i posypywania solą i jakimiś chemikaliami? Może i tak. Nie mogłam krzyknąć. Jedynie wydawałam z siebie stłumione jęki. Zaczął powoli poruszać biodrami w górę i w dół. Ból był okropny. Po kilku sekundach poczułam jak mężczyzna z przodu łapie mnie za piersi i się nimi bawi. Wygięłam się w łuk. Potem jedynak zostałam delikatnie popchnięta w przodu, po czym poczułam, jak drugi mężczyzna kieruje swojego członka do odbytu. Masz fajnych kolegów kutasie pomyślałam. Chciałam przestać w jakikolwiek czuć ból. Próbowałam sobie przypomnieć jakieś straszne sceny z mojego życia, nawet ułamek sekundy, w którym widziałam światła samochodu, który we mnie wjechał, ale nic. Dałam z tym spokój. Gdy poczułam jak pcha i ten z tyłu, poddałam się. Czekałam teraz tylko na koniec. Aż się spuszczą, wyjdą ze mnie i mnie tu zostawią. Ten z tyłu, bawił się także moją łechtaczką.
<William? Jest tak jak miało być. Więcej się tak nie rozpiszę chyba>
- Zapytam jeszcze raz - powiedział ostrym głosem. - Znasz Deborah Morgan? - ok... co on ci mówił? Zginęła mi na rękach. No dobra... Ale mam ją znać?! przełknęłam ślinę. Spojrzałam na to coś... Tylko nie krzycz, tylko nie krzycz... Kiwnęłam twierdząco głową. Najwyżej poboli i przestanie próbowałam się jakoś uspokoić faktem, że chociaż mój jeden najdrobniejszy błąd, to moja śmierć.
- Tak - powiedziałam cicho, praktycznie niedosłyszalnie.
- A mówi ci coś William O'Brian? - pokręciłam przecząco głową. Może i w tamtym momencie uciekałam. Jednak wszystko dobrze pamiętam.
- Nie... - powiedziałam jeszcze ciszej, o ile to możliwe.
- Mów głośniej - usłyszałam głos drugiego mężczyzny, który stał w progu i się opierał o framugę. Wtedy te zwierzę zawarczało czy co tam zrobiło, obśliniło się, jakby był głodny.
- A mówią ci coś te nazwiska, Lucianna Hemingeway albo Kevin Dutton? - pokręciłam stanowczo głową. Nie słyszałam nawet o nich.
- A teraz przejdźmy do twojej znajomości z Deborah - spojrzałam w oczy tego stworzenia. Jakieś znane mi się wydały... jednak po kilku sekundach patrzenia w nie i znalezienia czegoś, co było jakieś znajome, wystraszyłam się, gdyż stworzenie chciało na mnie skoczyć. - Jak długo ją znasz? - mężczyzna zapytał jakby nigdy nic, jednak usłyszałam w jego głosie śmiech. Byłam wystraszona. Koniec. Proszę.
- Dwa dni - powiedziałam głośniej, jak mi kazano. Nogi podkuliłam, a ręce oparłam na brzegach krzesła i je wyprostowałam. Sama zaś odsunęłam się znacznie do tyłu, jak to było możliwe.
- Kiedy ją ostatnio widziałaś? - pomyślałam chwilę. Zginęła ci na rękach przypomniały mi się jego słowa. Cztery dni temu w postaci kruka została zabrana.
- Kilka dni temu.
- A jakieś szczegóły? - zginęła mi na rękach
- Znalazłam ją w lesie zakrwawioną - zaczęłam coś wymyślać. Nie patrzyłam nikomu w oczy, tylko na podłogę. W oczach pojawiły mi się łzy. - Wykrwawiła się na śmierć... na moich rękach - delikatnie się rozbeczałam. Kilka łez spłynęło mi po policzku. Niech myślą, że to prawda. Tak na prawdę łzy pojawiły się stąd, że strasznie się teraz bałam. Przez kilka sekund żadnego pytania. W końcu jednak podszedł bliżej mężczyzna, który stał przy drzwiach.
- Wiesz kto to jest mutant, albo łowca? - zapytał. Otworzyłam delikatnie oczy. Na ten temat nic nie mówiłeś. Wiem kto to. Deborah jest mutantem, ty jesteś łowcą. Co mam mówić? Podniosłam głowę nie wiedząc co powiedzieć. - Słyszysz? - on był ostrzejszy. Stworzenie znowu wydało z siebie przerażający dźwięk. Wzdrygnęłam się, patrząc na nie, jednak szybko wzrok przeniosłam na tego mężczyznę.
- Nie wiem kto to. Pierwsze słyszę - powiedziałam z drżącym głosem. Byli ode mnie zaledwie kilka centymetrów. Nieswojo się czułam. Po za tym ich oczy były przerażające. Spojrzeli po sobie. Kiwnęli do siebie głowami.
- Zabierz stąd Corvo. Ja jeszcze zadam jej parę pytań. Powinna współpracować - spojrzał na mnie. Wzrok jego mówił za siebie. Współpracuj, bo będzie boleć. Drugi kiwnął głową. Chwycił łańcuch, na którym było stworzenie. Monstrum jeszcze klapnęło do mnie dziobek, jakby chcąc mnie posmakować, jednak zostało odciągnięte ode mnie i zabrane z pokoju. Mężczyzna, który tu został ze mną, zbliżył się nieznacznie. - Będziesz współpracować. Prawda? - złapał mnie za brodę. Kilka łez jeszcze spłynęło w dół po policzkach. kiwnęłam twierdząco głową. - To dobrze. Wstawaj - wykonałam posłusznie polecenie. Mężczyzna złapał mnie za nadgarstek i pociągnął gdzieś. Wyszliśmy z tego pomieszczenia. Ukazał się mi jakiś długi korytarz. Weszliśmy przez jedne drzwi. - Jeden z pokoi, gdzie nie ma lustra - po tym słowie rzucił mnie na ziemię. Odwróciłam się w jego stronę. Kucnął przy mnie i mi spojrzał w oczy. - Niezła z ciebie dup* - po tym słowie złapał mnie za pierś, jednak ja go popchnęłam.
- Zostaw mnie - powiedziałam wstając. Strach się coraz bardziej nasilał. Proszę, nie. Zaśmiał się, wtem do pokoju wszedł ten sam mężczyzna, który miał odprowadzić Corvo.
- Zaczynamy zabawę? - w dłoni trzymał jakąś chustę. Spojrzałam na nią, po czym podsunęłam się do ściany.
- Nie - powiedziałam pewnie. To była dla mnie i dla nich jakaś odmiana, w tym krótkim czasie.
- Mała się stawia? - podszedł do mnie, po czym mnie złapał mocno za rękę. Nie mogłam jej wyciągnąć, z jego uścisku. Pociągnął mnie za sobą. Odwrócił mnie i założył mi blokadę. Dłoń miałam na plecak, wygiętą.
- To boli! Puść mnie! - zaśmiali się. Na usta założył mi chustę. Nie mogłam nic powiedzieć. Próbowałam się w jakiś sposób wyrwać, ale zakończyło się tylko bólem ręki. Złapał mnie za drugą rękę. Ten, który założył mi chustę, zdjął pasek ze spodni i zawiązał mi ręce. Rzucili mnie na podłogę. Nie mogłam wstać. Jedynie nogi miałam wolne, ale któryś z nich stanął mi na włosy, więc każde podniesienie się, kończyło się bólem.
- Zaczynamy, zanim nas znajdzie - usłyszałam, po czym oboje rozpięli rozporki. Zamknęłam oczy. Poczułam, jak zdejmują mi spodnie, a wraz z nimi majtki. Miotałam się, ale jedna słaba dziewczyna, kontra dwa silne chłopy, to przegrana walka dziewczyny już na samym początku.
- Nie przesadzaj. Może sam się dołączy, jak nas zobaczy - podnieśli mnie. Otworzyłam oczy. Zrobiłam się czerwona, więc odwróciłam wzrok. Po chwili wylądowałam już nie na ziemi, ale na jednym z nich. Uśmiechał się jak szatan, który wygrał wojnę z Bogiem, albo jakby zabił anioła. Drugi pociągnął mnie za związane ręce, więc się podniosłam. Zamiast zdjąć, porwali moją koszulkę, tak samo jak stanik. Wybuchłam niekontrolowanym płaczem. Powoli jeden nakierował swojego penisa w moją pochwę. Gdy trafił, delikatnie mnie popchnęli na niego, jednak ja się opierałam. W końcu drugi pomógł. Zatrzymał się już na początku. Poczułam ból. Nie chciał wejść. Gdy na chama mnie popchnęli w dół, poczułam ogromny ból. Nie wiem do czego można go porównać. Może do obdzierania kogoś ze skóry i posypywania solą i jakimiś chemikaliami? Może i tak. Nie mogłam krzyknąć. Jedynie wydawałam z siebie stłumione jęki. Zaczął powoli poruszać biodrami w górę i w dół. Ból był okropny. Po kilku sekundach poczułam jak mężczyzna z przodu łapie mnie za piersi i się nimi bawi. Wygięłam się w łuk. Potem jedynak zostałam delikatnie popchnięta w przodu, po czym poczułam, jak drugi mężczyzna kieruje swojego członka do odbytu. Masz fajnych kolegów kutasie pomyślałam. Chciałam przestać w jakikolwiek czuć ból. Próbowałam sobie przypomnieć jakieś straszne sceny z mojego życia, nawet ułamek sekundy, w którym widziałam światła samochodu, który we mnie wjechał, ale nic. Dałam z tym spokój. Gdy poczułam jak pcha i ten z tyłu, poddałam się. Czekałam teraz tylko na koniec. Aż się spuszczą, wyjdą ze mnie i mnie tu zostawią. Ten z tyłu, bawił się także moją łechtaczką.
<William? Jest tak jak miało być. Więcej się tak nie rozpiszę chyba>
Od Williama CD Alayn'y
Wszyscy w trójkę patrzyliśmy na nią zza lustra weneckiego, jak denerwuje się i stroi dziwaczne miny, próbując uwolnić się z więzów, które i tak przecież zawiązaliśmy lekko. W końcu wstała, i z posiniaczonymi nadgarstkami zaczęła robić małe kroczki po pokoju.
- Jesteśmy okropni. - Westchnąłem w półśmiechu. Z jednej strony źle czułem się trzymając ją tam, ale z drugiej śmiesznie wyglądała kiedy była tak zestresowana.
- Yhm. - Skwitował Walter. Niższy ode mnie o jakieś trzy centymetry chłopak, opalony brunet o bladozielonych oczach i krótko przyciętych włosach. - To co, lecimy z tym? - Spytał, na Lumena, który stał właśnie nieco za nami. - Lumen, co sądzisz? - Zwrócił się do niego Walter.
- Jedziemy. - Rzucił i podszedł bliżej. - Will... ? - Oboje teraz patrzyli na mnie. Czekali, aż powiem coś lub dam jakikolwiek potwierdzający gest. Jeszcze raz spojrzałem na Alayn'ę. Biedna trochę... ale da radę. Bez słowa podszedłem do krzesła stojącego w rogu i rzuciłem Walterowi uprzęż.
- Zakładaj i idziemy. - Rzuciłem nim zmieniłem się w swoją drugą formę. Oboje lekko podskoczyli.
- Stary... nigdy się chyba do tego nie przyzwyczaję. - Mruknął Water zakładając mi szelki i kaganiec. Udałem, że chcę chapnąć go w rękę. - Uważaj! - Zachichotałem swoim ptasim dziobem.
Gdy miałem już na sobie całe zbędne, ale dodające efektu, żelastwo, ruszyliśmy ku drzwiom sali przesłuchań. Walter powoli rozchylił drzwi, po czym pozwolił mi wskoczyć do pokoju tak blisko dziewczyny, by dzieliły nas jedynie centymetry. Za mną wszedł chłopak, a gdy Alayna wstrzymała oddech na widok próbującego z całych sił dorwać ją gigantycznego ptako-smoka, poklepał mnie po grzbiecie i zaczął mówić.
- Ten tu przystojniak. - Wyrwał mi pióro. Jak tylko skończymy to chyba ja mu coś wyrwę... - nazywa się Corvo. Muszę ci zdradzić, że głodny to on jest na okrągło. - Przysunął się do Alayn'y, odciągając przy tym mnie na krótką chwilę, by po upływie następnych kilku sekund zrobić gwałtowną zmianę miejsc. Udałem, że próbuję się wyrwać. W tej sali chyba mam najtrudniejsze zadanie... Cholera. Ale trudno jest się wyrywać i przy tym nie przewrócić Wolta... mógłby trochę przypakować, aby być jakimkolwiek wyzwaniem. - Ale mniejsza o niego, Aly. Mogę tak do ciebie mówić? - Spytał. Przerażona kiwnęła głową. - Dzięki. A więc... muszę zadać ci kilka dość istotnych pytań, Aly. Proszę, usiądź. - Wskazał jej krzesło, nad którym jeszcze moment wcześniej się śliniłem. Ach, te efekty specjalne! Walter wytarł siedzenie nim dziewczyna na nie upadła. Cóż za dżentelmen! - Po pierwsze... czy wiesz, kim jest Deborah Morgan?
<Alayna?>
- Jesteśmy okropni. - Westchnąłem w półśmiechu. Z jednej strony źle czułem się trzymając ją tam, ale z drugiej śmiesznie wyglądała kiedy była tak zestresowana.
- Yhm. - Skwitował Walter. Niższy ode mnie o jakieś trzy centymetry chłopak, opalony brunet o bladozielonych oczach i krótko przyciętych włosach. - To co, lecimy z tym? - Spytał, na Lumena, który stał właśnie nieco za nami. - Lumen, co sądzisz? - Zwrócił się do niego Walter.
- Jedziemy. - Rzucił i podszedł bliżej. - Will... ? - Oboje teraz patrzyli na mnie. Czekali, aż powiem coś lub dam jakikolwiek potwierdzający gest. Jeszcze raz spojrzałem na Alayn'ę. Biedna trochę... ale da radę. Bez słowa podszedłem do krzesła stojącego w rogu i rzuciłem Walterowi uprzęż.
- Zakładaj i idziemy. - Rzuciłem nim zmieniłem się w swoją drugą formę. Oboje lekko podskoczyli.
- Stary... nigdy się chyba do tego nie przyzwyczaję. - Mruknął Water zakładając mi szelki i kaganiec. Udałem, że chcę chapnąć go w rękę. - Uważaj! - Zachichotałem swoim ptasim dziobem.
Gdy miałem już na sobie całe zbędne, ale dodające efektu, żelastwo, ruszyliśmy ku drzwiom sali przesłuchań. Walter powoli rozchylił drzwi, po czym pozwolił mi wskoczyć do pokoju tak blisko dziewczyny, by dzieliły nas jedynie centymetry. Za mną wszedł chłopak, a gdy Alayna wstrzymała oddech na widok próbującego z całych sił dorwać ją gigantycznego ptako-smoka, poklepał mnie po grzbiecie i zaczął mówić.
- Ten tu przystojniak. - Wyrwał mi pióro. Jak tylko skończymy to chyba ja mu coś wyrwę... - nazywa się Corvo. Muszę ci zdradzić, że głodny to on jest na okrągło. - Przysunął się do Alayn'y, odciągając przy tym mnie na krótką chwilę, by po upływie następnych kilku sekund zrobić gwałtowną zmianę miejsc. Udałem, że próbuję się wyrwać. W tej sali chyba mam najtrudniejsze zadanie... Cholera. Ale trudno jest się wyrywać i przy tym nie przewrócić Wolta... mógłby trochę przypakować, aby być jakimkolwiek wyzwaniem. - Ale mniejsza o niego, Aly. Mogę tak do ciebie mówić? - Spytał. Przerażona kiwnęła głową. - Dzięki. A więc... muszę zadać ci kilka dość istotnych pytań, Aly. Proszę, usiądź. - Wskazał jej krzesło, nad którym jeszcze moment wcześniej się śliniłem. Ach, te efekty specjalne! Walter wytarł siedzenie nim dziewczyna na nie upadła. Cóż za dżentelmen! - Po pierwsze... czy wiesz, kim jest Deborah Morgan?
<Alayna?>
Od Alayn'y cd. Williama
Tak jak wcześniej ustaliłam, miałam wybiec gdy się stanie coś złego. W sumie on mi to sam powiedział. Gdy wpadłam w ręce jakiegoś mężczyzny, który wchodził po schodach, nie miałam drogi ucieczki. Mutantem nie jestem, ale jednak mam problemy, jakbym nim była! karciłam się w myślach, za... nie wiem za co. Po prostu karciłam się za swoje życie. Szkoda jednak, ze to trwało tylko kilka sekund. Potem już widziałam ciemność.
Obudziłam się, jednak nie otwierałam oczu. Wszystko pamiętałam i to bardzo dokładnie. Nie mogłam ruszyć rękoma, ani nogami. Niech to będzie sen. Niech to będzie kur*a pieprzon* koszmar! zaczęłam krzyczeć w głowie. W końcu jednak się odważyłam i otworzyłam oczy. Rozejrzałam się. Znajdowałam się w jakimś pomieszczeniu, gdzie niczego nie było. Siedziałam przy ścianie, ze związanymi rękoma, nogami i chustą na ustach. Nikogo nie było w pokoju. Liny były bardzo mocno związane. Szkoda, że mam cienkie nadgarstki. Czułam ból. Moja skóra za pewne jest już czerwona. Na szczęście ręce miałam tak ułożona, że było mi to na rękę. Szybko ręce skierowałam w dół, dzięki czemu przeszły mi pod nogi. Szkoda jednak, że ramionami mnie cholernie bolały od tego wygięcia. Myślałam, że zaraz mi się połamią. Ręce znajdowały się po kolana. Rozszerzyłam nogi, po czym naplułam na linę. Po około pięciu minutach miałam tam mokre ręce i nadgarstki, że mogłam wyjąć ręce, jednak z trudem. Potem już było z górki. Zdjęłam chustę, po czym odwiązałam nogi. Gdy miałam wszystko wolne, z trudem wstałam. Myślałam, ze w tej chwili połamałam sobie obydwie kończyny. Można było usłyszeć nawet kości, które mi się przesunęły. Wtem drzwi się otworzyły. Spojrzałam na nie z przerażeniem. Czy to nie może się już skończyć? przybliżyłam się do ściany. Nie miałam się czym bronić. Żałuję, że żyje. Żałuję, że wogle się teraz ocknęłam.
<William? No ona dostanie histerii albo depresji>
Obudziłam się, jednak nie otwierałam oczu. Wszystko pamiętałam i to bardzo dokładnie. Nie mogłam ruszyć rękoma, ani nogami. Niech to będzie sen. Niech to będzie kur*a pieprzon* koszmar! zaczęłam krzyczeć w głowie. W końcu jednak się odważyłam i otworzyłam oczy. Rozejrzałam się. Znajdowałam się w jakimś pomieszczeniu, gdzie niczego nie było. Siedziałam przy ścianie, ze związanymi rękoma, nogami i chustą na ustach. Nikogo nie było w pokoju. Liny były bardzo mocno związane. Szkoda, że mam cienkie nadgarstki. Czułam ból. Moja skóra za pewne jest już czerwona. Na szczęście ręce miałam tak ułożona, że było mi to na rękę. Szybko ręce skierowałam w dół, dzięki czemu przeszły mi pod nogi. Szkoda jednak, że ramionami mnie cholernie bolały od tego wygięcia. Myślałam, że zaraz mi się połamią. Ręce znajdowały się po kolana. Rozszerzyłam nogi, po czym naplułam na linę. Po około pięciu minutach miałam tam mokre ręce i nadgarstki, że mogłam wyjąć ręce, jednak z trudem. Potem już było z górki. Zdjęłam chustę, po czym odwiązałam nogi. Gdy miałam wszystko wolne, z trudem wstałam. Myślałam, ze w tej chwili połamałam sobie obydwie kończyny. Można było usłyszeć nawet kości, które mi się przesunęły. Wtem drzwi się otworzyły. Spojrzałam na nie z przerażeniem. Czy to nie może się już skończyć? przybliżyłam się do ściany. Nie miałam się czym bronić. Żałuję, że żyje. Żałuję, że wogle się teraz ocknęłam.
<William? No ona dostanie histerii albo depresji>
Od Williama CD Alayn'y
Wydaje mi się, że nie... choć nigdy nie wiadomo. Ręka może się zawsze omsknąć XD
- Dzięki. - Powiedziałem uśmiechając się do dziewczyny, gdy ta postawiła przede mną kubek z kawą. Wziąłem małego łyka. idealna - Robisz świetną kawę. - Pochwaliłem ją, wycierając z wargi piankę. Schowałem broń. Skoro już mam czym zająć ręce... Dziewczyna cały czas śledziła ją, aż do momentu, w którym zniknęła za moją koszulą. - Nie martw się, nie zastrzelę. - Zaśmiałem się, mierząc do niej z dłoni. Wygląda na to, że nie było jej do śmiechu.
- No wiesz. Kiedy ktoś wyjmuje broń w MOIM mieszkaniu to zaczynam się denerwować. - Syknęła.
- Bez nerwów, kochana... - Cały czas mówiłem miłym tonem. Jakoś mam coś w sobe, że kobietom trudno mnie zdenerwować. - Bo zaraz sobie pomyślę, żeś wąż, nie człowiek. - Puściłem oczko. Trudno stwierdzić, jak to odebrała bo więcej się nie odzywała. Tylko usiadła naprzeciw mnie i wpatrywała się, pewnie zastanawiając się, co dalej powiem.
Siedzieliśmy tak przez dobre kilka minut, nie mówiąc ani słowa. Jedynie ja chwilę popijałem powoli kawę. Poznałem ją. Nawet miła. Przebiło się przez moją głowę. Teraz do rzeczy. Wyprostowałem się na krześle, przełknąłem ślinę aby uniknąć niepotrzebnej chrypy i przerywania wypowiedzi, po czym zacząłem mówić.
- Dobra. - Zacząłem. - Teraz słuchaj. I to uważnie, bo nie będę powtarzać ani dodatkowo tłumaczyć. - Zaczekałem, aż niepewnie kiwnęła głową. Wyglądała na zaskoczoną, ale się nie bała. - Zaraz przyjdą tu moi... koledzy. - Zakomunikowałem. - Pojmą cię i zabiorą stąd. - Dodałem. - Proszę, nie szarp się i nie próbuj uciec... i tak przecież nie uciekniesz. Poza tym, zadadzą ci tylko parę pytań, na które przecież znasz odpowiedź i wypuszczą. Wiem, że ty nie jesteś mutantem. O to się nie martw... sam zadbam o to, aby nikt nic ci nie zrobił, ale musisz współpracować. To rutynowe działanie. Ale gdyby ktoś pytał... a będzie. Deborah nie żyje, zginęła ci na rękach. Zrozumiano? - Chyba nawet nie słuchała. Pobiegła do drzwi i otworzyła je. Sprytna, nie domknęła ich wcześniej Wpadła na Lumena, jednego z moich "kolegów". - Ale mówiłem, nie uciekaj... zawsze to samo. - Westchnąłem, przechodząc obok niej. - W ich obecności się nie znamy, nie wiesz, kim jesteśmy, nie masz pojęcia, co robimy... wiesz tylko, że twoja przyjaciółka to ptak. - Wyszeptałem jej. Lumen wbił jej igłę, zemdlała.
<Alayna? Takie o, porwanko. xd Miałam inny zamysł, ale go zapomniałam więc zaczęłam improwizować...>
- Dzięki. - Powiedziałem uśmiechając się do dziewczyny, gdy ta postawiła przede mną kubek z kawą. Wziąłem małego łyka. idealna - Robisz świetną kawę. - Pochwaliłem ją, wycierając z wargi piankę. Schowałem broń. Skoro już mam czym zająć ręce... Dziewczyna cały czas śledziła ją, aż do momentu, w którym zniknęła za moją koszulą. - Nie martw się, nie zastrzelę. - Zaśmiałem się, mierząc do niej z dłoni. Wygląda na to, że nie było jej do śmiechu.
- No wiesz. Kiedy ktoś wyjmuje broń w MOIM mieszkaniu to zaczynam się denerwować. - Syknęła.
- Bez nerwów, kochana... - Cały czas mówiłem miłym tonem. Jakoś mam coś w sobe, że kobietom trudno mnie zdenerwować. - Bo zaraz sobie pomyślę, żeś wąż, nie człowiek. - Puściłem oczko. Trudno stwierdzić, jak to odebrała bo więcej się nie odzywała. Tylko usiadła naprzeciw mnie i wpatrywała się, pewnie zastanawiając się, co dalej powiem.
Siedzieliśmy tak przez dobre kilka minut, nie mówiąc ani słowa. Jedynie ja chwilę popijałem powoli kawę. Poznałem ją. Nawet miła. Przebiło się przez moją głowę. Teraz do rzeczy. Wyprostowałem się na krześle, przełknąłem ślinę aby uniknąć niepotrzebnej chrypy i przerywania wypowiedzi, po czym zacząłem mówić.
- Dobra. - Zacząłem. - Teraz słuchaj. I to uważnie, bo nie będę powtarzać ani dodatkowo tłumaczyć. - Zaczekałem, aż niepewnie kiwnęła głową. Wyglądała na zaskoczoną, ale się nie bała. - Zaraz przyjdą tu moi... koledzy. - Zakomunikowałem. - Pojmą cię i zabiorą stąd. - Dodałem. - Proszę, nie szarp się i nie próbuj uciec... i tak przecież nie uciekniesz. Poza tym, zadadzą ci tylko parę pytań, na które przecież znasz odpowiedź i wypuszczą. Wiem, że ty nie jesteś mutantem. O to się nie martw... sam zadbam o to, aby nikt nic ci nie zrobił, ale musisz współpracować. To rutynowe działanie. Ale gdyby ktoś pytał... a będzie. Deborah nie żyje, zginęła ci na rękach. Zrozumiano? - Chyba nawet nie słuchała. Pobiegła do drzwi i otworzyła je. Sprytna, nie domknęła ich wcześniej Wpadła na Lumena, jednego z moich "kolegów". - Ale mówiłem, nie uciekaj... zawsze to samo. - Westchnąłem, przechodząc obok niej. - W ich obecności się nie znamy, nie wiesz, kim jesteśmy, nie masz pojęcia, co robimy... wiesz tylko, że twoja przyjaciółka to ptak. - Wyszeptałem jej. Lumen wbił jej igłę, zemdlała.
<Alayna? Takie o, porwanko. xd Miałam inny zamysł, ale go zapomniałam więc zaczęłam improwizować...>
Subskrybuj:
Posty (Atom)