sobota, 24 października 2015

Od Williama CD Coriane

   - Will, gdzie biegniesz!? - Zawołał za mną jeden z kompanów, gdy zboczyłem z trasy poszukiwań. Jestem pewien, że pobiegł tam...
- Biegnę tam, gdzie mi się podoba, Marty. - Byłem już rozdrażniony jego ciągłym zwracaniem mi uwagi. To piąty raz dziś, gdy nie podoba się mu moje działanie.
- Wracaj tu. On na pewno pobiegł tam! - Stwierdził. No nie...
- Zamknij się bo cię zdegraduję. Kto tu ma wyższy stopień? Ja czy ty? - Zamilkł. Najwyraźniej jego jedynym argumentem na mój błąd była jego pewność, że mutant pobiegł w inną stronę. Ale to ja z naszej dwójki mam racje częściej... jeśli chodzi o tropienie mutantów, pomyliłem się może raz, góra dwa razy w całym życiu. Cały czas trzymałem w pogotowiu swoją broń - niepozorną Berettę z idealnie dostosowanymi do strzelania na mutantów kulami.
   Doszedłem do skromnej chatki w lesie. Czyżby to tu? Trop się kończy...
- Hey, chłopaki! - Zawołałem resztę starając się przy tym zachowywać na tyle cicho, by przerażony wykryciem mutant nie zwiał nam znowu spod nosa. Nie dali nawet znaku życia. Widać są zbyt daleko... Jak zwykle zostałem sam. Tymczasem za cienkimi ścianami usłyszałem rozmowę dwóch kobiet. Dwa mutanty czy też niewinna dziewczyna i jej matka? Spojrzałem ukradkiem przez okno... tak. Jedna z dziewczyn, ta młodsza, udała się smutna i roztrzęsiona do swojego pokoju, podczas gdy druga w tym samym momencie zniknęła za progiem jakiegoś pokoju. Zobaczmy. Zapukałem do drzwi, a wewnątrz domu rozległy się kolejne głosy, by po chwili otworzyła mi młodsza dziewczyna. Od stóp do głów cuchnęła mutantem... na pój widok osłupiała, a na jej twarzy pojawił się dziwaczny uśmieszek zmieszany z grymasem, którego znaczenia nie mogłem do końca zinterpretować... przypominał. Zaraz! Poważnie? Podobam się jej. Ha. W miarę szybko się opanowała.
- Szukasz kogoś? - Spytała miłym, choć lekko chwiejącym się głosem. Nie zdaje sobie sprawy z tego, kim jestem. Broń mam już schowaną, strój łowcy w trybie kamuflażu... myśli, że jestem zwykłym chłopakiem zagubionym w lesie. Można to wykorzystać.
- Właściwie... tak. - Powiedziałem głosem chłopaka, za jakiego na wstępie mnie uznała. - Ale raczej czegoś. Bo widzisz... Tak jakby zgubiłem się w lesie. Kurde. Każde drzewo takie samo... jeden, drugi, trzeci dąb... świerk za chwilę, i znowu dąb, potem brzoza... i sekwencja się powtarza. niezależnie od tego, w jaką stronę bym nie poszedł, ciągle to samo. Chodzę już tak chyba od białego rana, a nadal nie znalazłem drogi do miasta. Twoja chatka wydała mi się zbawieniem! Nareszcie coś innego niż tylko drzewa, drzewa i drzewa... tym bardziej, ze przed chwilą słyszałem jakieś strzały! - Mówiłem niczym katarynka. Nie wierzę, że tak szybko kłamię... ale czego się nie robi... - Więc pomyślałem, że hey... nocą mało co widać, ci co tu strzelają pomyśleć sobie mogą, żem jeleń czy coś... tak, tak. Strachajła ze mnie straszny, no ale wiesz... ostatnio słyszałem, jak takiego co jaka ja się po lesie tułał ze strzelby zabili bo na wilki polowali. No i... właśnie, chciałem się spytać, czy nie masz tu może wolnego pokoju, co bym przenocował u was do rana? Przyrzekam, że razem ze świtem wyjdę i już mnie nie zobaczycie. - Przerwałem na moment, by wziąć głęboki oddech. W całej tej wypowiedzi trochę się zmachałem. - Jak trzeba to zapłacę. - Dodałem najmilej jak mogłem, posyłając dziewczynie uśmiech.
<Coriane?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz