Jak na razie robię przerwę... Muszę wszystko poukładać... Ten blog na razie zamykam nie powiem dla czego trudno wyjaśnić xD Ale powrócimy już nie długo czekajcie na nas :D
Prawdopodobnie wrócimy : 10 grudnia
piątek, 30 października 2015
wtorek, 27 października 2015
Od Alayn'y cd. William'a
Stałam jak wryta. I to jest najgorsze. Gdy nie możesz się w żaden sposób ruszyć, przez strach, który ogarnia twoje ciało. Paraliżuje cię. Tak samo było, gdy w ułamku sekundy zobaczyłam światła, które z ogromną szybkością się do mnie zbliżały, aż nie trafiły we mnie. Teraz tak się czułam, jak kiedyś. Tak jakbym miała za sekundę zginąć. Znowu upaść z impetem na ziemię, żeby poczuć ogromny ból głowy i może nie tylko, a potem ujrzeć ciemność i wątpić, aby jeszcze kiedyś ujrzeć ten sam błysk światła, który zobaczyłam po otworzeniu oczu w szpitalu. W tej chwili o prostu stałam i patrzyłam się wystraszona, ze łzami w oczach, na mężczyznę, który w tej chwili mnie uratował, ale i też na mężczyznę, dzięki któremu to się stało. Nawet nie wiem co teraz miałam czuć. Nienawiść, radość czy wdzięczność? Na pewno czułam strach i to nie taki mały. Do tego ból, fizyczny jak i psychiczny. Dobrze, że pasek z łatwością mogłam zdjąć z rąk. Gdy wszyscy troje opuścili salę, a ja się odsunęłam od drzwi, wzięłam głęboki oddech. Szybko. Przeszło mi przez myśl. Założyłam spodnie. Niestety góra była cała rozerwana, dlatego nałożyłam koszulkę, trzymając ją z przodu, gdzie byłą rozerwana. Nadal się okropnie czułam. Chciałam stąd jak najszybciej zniknąć. Podeszłam do drzwi i dotknęłam klamki. Bałam się, że jak tylko je otworzę, stanie się coś złego. Nawet nie wiem co. Najgorszej się bać strachu przeszło mi przez myśl. Ponownie wzięłam głęboki oddech, zamknęłam oczy i otworzyłam drzwi. Gdy przez dwie sekundy nic się nie działo, otworzyłam oczy. Ujrzałam przed sobą szarą ścianę. Rozejrzałam się po korytarzu. To gdzie teraz?
<William? Jak kogoś zobaczy, od razu spierdzieli. Gdyby jeszcze wiedziała gdzie>
<William? Jak kogoś zobaczy, od razu spierdzieli. Gdyby jeszcze wiedziała gdzie>
Od Williama CD Alayn'y
W klanie jestem już od bardzo dawna. Właściwie niedługo po moim urodzeniu i przemianie trafiłem pod drzwi moich przybranych rodziców... nie mam pojęcia, czemu akurat do nich mnie zaniesiono. Logiczni rzecz biorąc, ktoś, kto był moją matką musiał wiedzieć, kim... czym jestem, a mimo to zaniósł mnie pod próg łowców, jakby wiedział, że nic mi nie zrobią. Że nie skrzywdzą niczego winnego dziecka. Że, wtedy jeszcze młoda, panna O'Brien, otworzywszy drzwi, od razu zakocha się w niemowlaku z przywiązaną karteczką z napisem "William". Że świeże po ślubie małżeństwo, które akurat pragnęło założyć rodzinę, lecz nie udawało się to mu, zaadoptuje wyrzutka, który w innym przypadku by nie przeżył.
Mimo mojej wyjątkowości wśród łowców wcale nie mam się źle. Moi rodzice, gdy byłem jeszcze małym szkrabem, byli prawą ręką przywódców klanu. Gdy ci zmarli kilka lat temu, O'Brien'owie przejęli władzę, nie ma więc mowy, by ktokolwiek mógł sprzeciwić się im, czy też mi - ich synowi, najwyższemu rangą wśród kapturów. Tyle, że nawet, gdy nie byliśmy tak wysoko w hierarchii, raczej niewielu miało problem z moimi genami. Prawdę powiedziawszy, dziś nie pierwszy raz Corvo pomógł przy przesłuchaniu świadków. Czuję się tu naprawdę dobrze. owcy zawsze traktowali się nawzajem, i wciąż traktują, z należytym szacunkiem, nie gubiąc jednocześnie miana "kumpli". Gdy tylko się poznajemy, nie musimy przemawiać do siebie panie, od razu jesteśmy na ty i dobrze nam z tym. Problem polega tylko na tym, że inni zazwyczaj zmieniają swoje miejsce pobytu raz na kilka, kilkanaście - a niektórzy nawet wcale - lat. Ja z kolei, jako ten niezwykle przydatny i doświadczony, zostaje przenoszony co kilka tygodni, a czasem nawet co kilkoma dni, podczas nasileń. Szczególnie jesienią... choć nie jestem pewien, dlaczego akurat w tę porę roku mutanty tak często się ujawniają. jako jeden z nich nie odczuwam szczególnej różnicy między porami roku, jedynie te, które widać gołym okiem, ale nie wpływa to specjalnie na mnie jako mutanta.
Ale w każdym razie... przez to, że bezustannie zostaje przenoszony do innych miast, nie mam możliwości zapoznać się lepiej z łowcami w danych siedzibach. Przychodzę i odchodzę, jestem jednym z wielu krótkich epizodów w ich życiu, nie mam jak poznać ich na tyle, by mówienie iż są moimi przyjaciółmi nie było naciągane. Ludzie są różni, a ja w swoim życiu zaprzyjaźniłem się chyba tylko z kilkoma łowcami na tyle, by utrzymywać z nimi kontakt.
Niestety, Walter i Lumen nie byli jednymi z tych. Zniknęli bez śladu, razem z Alayn'ą. Od początku miałem wrażenie, że coś w tym wszystkim nie jest takie, jak powinno być. Ale czekałem, dobre pół godziny, bo może coś im się dłuży... zasada brzmi "Kiedy już się przemieniasz, rób to w odpowiedni sposób i na określony czas Ni mniej, ale też nie więcej, bo to może skończyć się dla ciebie źle." To są słowa Lucianny Hemingeway, nim odwróciła się od łowców i wyciągnęła dłoń pomocy ku mutantom. Swego czasu była mi całkiem pomocna... szkoda, że nas zdradziła. W każdym razie, nie mogłem zmienić się wcześniej, ani później, niż 40 - do 45 - minut po zmianie formy. Taka jest zasada i nie mogę jej złamać choćby raz.
Ale oni nie dawali znaku życia przez cały ten czas... nie wierzę, że tak długo ja przesłuchują. Do tego czasu już dawno zemdlałaby ze strachu, to zbyt więc dla jednej bezbronnej, młodej dziewczyny... zaraz. Kurwa! Młodej, bezbronnej... Will, idioto! Na coś ty pozwolił!? Zmieniłem się w kłębek nerwów i wściekłości. Spojrzałem zdenerwowany na zegar. Zostało dziesięć minut. Patrzyłem się na wskazówki próbując zmusić je, by poruszały się szybciej, lecz te, jakby na złość, zdawały się zwalniać coraz to bardziej.
- Pieprzyc to! - Rzuciłem swoim ptasim dziobem i wybiegłem na korytarze... Rozerwę tę dwójkę na strzępy, jeśli cokolwiek jej zrobili... Poprułem w stronę pokoju Waltera. Wyważyłem drzwi i wskoczyłem do środka. Pusto. Żachnąłem się w myślach. Zegar, Will. Spojrzałam na tarczę budzika stojącego na etażerce. Sześć minut. Nie zamknąłem nawet drzwi od pomieszczenia, pognałem po prostu do drugiego z pokoi i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia ponownie zmusiłem drzwi siłą do otworzenia się. Czyli się nie myliłem. Spojrzałem na dójkę maltretującą dziewczynę. Była naga, ale to jedynie pogarszało ich sytuację. Alayna nie miała siły nawet krzyczeć na widok wolnego stwora, który jeszcze pół godziny temu próbował ją zjeść. Dwójka jej oprawców spojrzała na mnie Przerażona. Od razu zeskoczyli z dziewczyny i zaczęli cofać się ku ścianie.
- Hey, Will... - Jęknął jeden z nich, próbując założyć spodnie, które jeszcze chwilę temu miał opuszczone do samych kostek. Robił to nieudolnie, cały się trząsł. Biedaczek Lumen, dostał jakby napadu padaczki na mała skalę ze strachu. - My... to nie tak, jak sobie myślisz. - Dalej jęczał opierając się o komodę. Walter nawet nie był w stanie wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Wpatrywał się tylko we mnie i czekał, najwyraźniej, na śmierć. Wiele mi można zarzucić, ale nie okrucieństwa, czy... tego. Jak stoję z czasem? Zerknąłem na identyczny jak wcześniej budzik. Perfekcyjnie.
- Ach tak? - Powiedziałem do nich, Alayna już dawno zeszła na bok. Zbierała rzeczy, nadal przestraszona i upokorzona do granic. Poczułem jej wzrok na sobie. Kolejne zaskoczenie. - A więc cóż takiego mogliście robić z nagą, raczej nie z własnej woli, dziewczyna na podłodze, w zamkniętym pokoju, gdy miała w ustach chustę, aby nie mogła krzyczeć... jak sądzę? - Syknąłem, robiąc kolejne kroki w ich stronę. Przywarli do ściany, lecz nie wydusili z siebie ani słowa. - Wiecie, co sobie myślę? - Stanąłem niewiele ponad dwadzieścia centymetrów od nich. Odległość skrajnie niebezpieczna. Szczególnie przy mnie, który mimo zakazu przemian w nadmiarze, nadal mogę nieźle skrzywdzić, nawet w formie ludzkiej. Jestem od nich wyższy. Od obojga... przełknęli ślinę. - Że zasługujecie na karę. Ale... nie moją, moi drodzy, a jej. - Wskazałem na Alaynę, która teraz także spojrzała na mnie, z lekkim niedowierzaniem ukrytym za srebrnymi łzami nadal wypływającymi z jej oczu. Odwróciłem sie ku niej. - Zrobimy tak. - Zacząłem. - Ty będziesz mówić, ja skrzywdzę ich tak, jak sobie zażyczysz... w porządku? - Spytałem, robiąc krok w jej stronę. także się cofnęła. Boi się, nie zdoła wydusić z siebie słowa... skoro tak, ukarzemy ich inaczej. - Dobrze. - Mruknąłem. - Idziemy. - Stwierdziłem, wyciągając ich z pokoju.
<Alayna? Miałam w zamyśle zaprowadzenie ich do rodziców Williama ale zdałam sobie sprawę, że oni są przecież w Baltimore xd Byłoby ciężko>
~
Kaptury - Tu słowo z gwary łowców określające łowcę działającego w terenie, polującego na mutanty.
Mimo mojej wyjątkowości wśród łowców wcale nie mam się źle. Moi rodzice, gdy byłem jeszcze małym szkrabem, byli prawą ręką przywódców klanu. Gdy ci zmarli kilka lat temu, O'Brien'owie przejęli władzę, nie ma więc mowy, by ktokolwiek mógł sprzeciwić się im, czy też mi - ich synowi, najwyższemu rangą wśród kapturów. Tyle, że nawet, gdy nie byliśmy tak wysoko w hierarchii, raczej niewielu miało problem z moimi genami. Prawdę powiedziawszy, dziś nie pierwszy raz Corvo pomógł przy przesłuchaniu świadków. Czuję się tu naprawdę dobrze. owcy zawsze traktowali się nawzajem, i wciąż traktują, z należytym szacunkiem, nie gubiąc jednocześnie miana "kumpli". Gdy tylko się poznajemy, nie musimy przemawiać do siebie panie, od razu jesteśmy na ty i dobrze nam z tym. Problem polega tylko na tym, że inni zazwyczaj zmieniają swoje miejsce pobytu raz na kilka, kilkanaście - a niektórzy nawet wcale - lat. Ja z kolei, jako ten niezwykle przydatny i doświadczony, zostaje przenoszony co kilka tygodni, a czasem nawet co kilkoma dni, podczas nasileń. Szczególnie jesienią... choć nie jestem pewien, dlaczego akurat w tę porę roku mutanty tak często się ujawniają. jako jeden z nich nie odczuwam szczególnej różnicy między porami roku, jedynie te, które widać gołym okiem, ale nie wpływa to specjalnie na mnie jako mutanta.
Ale w każdym razie... przez to, że bezustannie zostaje przenoszony do innych miast, nie mam możliwości zapoznać się lepiej z łowcami w danych siedzibach. Przychodzę i odchodzę, jestem jednym z wielu krótkich epizodów w ich życiu, nie mam jak poznać ich na tyle, by mówienie iż są moimi przyjaciółmi nie było naciągane. Ludzie są różni, a ja w swoim życiu zaprzyjaźniłem się chyba tylko z kilkoma łowcami na tyle, by utrzymywać z nimi kontakt.
Niestety, Walter i Lumen nie byli jednymi z tych. Zniknęli bez śladu, razem z Alayn'ą. Od początku miałem wrażenie, że coś w tym wszystkim nie jest takie, jak powinno być. Ale czekałem, dobre pół godziny, bo może coś im się dłuży... zasada brzmi "Kiedy już się przemieniasz, rób to w odpowiedni sposób i na określony czas Ni mniej, ale też nie więcej, bo to może skończyć się dla ciebie źle." To są słowa Lucianny Hemingeway, nim odwróciła się od łowców i wyciągnęła dłoń pomocy ku mutantom. Swego czasu była mi całkiem pomocna... szkoda, że nas zdradziła. W każdym razie, nie mogłem zmienić się wcześniej, ani później, niż 40 - do 45 - minut po zmianie formy. Taka jest zasada i nie mogę jej złamać choćby raz.
Ale oni nie dawali znaku życia przez cały ten czas... nie wierzę, że tak długo ja przesłuchują. Do tego czasu już dawno zemdlałaby ze strachu, to zbyt więc dla jednej bezbronnej, młodej dziewczyny... zaraz. Kurwa! Młodej, bezbronnej... Will, idioto! Na coś ty pozwolił!? Zmieniłem się w kłębek nerwów i wściekłości. Spojrzałem zdenerwowany na zegar. Zostało dziesięć minut. Patrzyłem się na wskazówki próbując zmusić je, by poruszały się szybciej, lecz te, jakby na złość, zdawały się zwalniać coraz to bardziej.
- Pieprzyc to! - Rzuciłem swoim ptasim dziobem i wybiegłem na korytarze... Rozerwę tę dwójkę na strzępy, jeśli cokolwiek jej zrobili... Poprułem w stronę pokoju Waltera. Wyważyłem drzwi i wskoczyłem do środka. Pusto. Żachnąłem się w myślach. Zegar, Will. Spojrzałam na tarczę budzika stojącego na etażerce. Sześć minut. Nie zamknąłem nawet drzwi od pomieszczenia, pognałem po prostu do drugiego z pokoi i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia ponownie zmusiłem drzwi siłą do otworzenia się. Czyli się nie myliłem. Spojrzałem na dójkę maltretującą dziewczynę. Była naga, ale to jedynie pogarszało ich sytuację. Alayna nie miała siły nawet krzyczeć na widok wolnego stwora, który jeszcze pół godziny temu próbował ją zjeść. Dwójka jej oprawców spojrzała na mnie Przerażona. Od razu zeskoczyli z dziewczyny i zaczęli cofać się ku ścianie.
- Hey, Will... - Jęknął jeden z nich, próbując założyć spodnie, które jeszcze chwilę temu miał opuszczone do samych kostek. Robił to nieudolnie, cały się trząsł. Biedaczek Lumen, dostał jakby napadu padaczki na mała skalę ze strachu. - My... to nie tak, jak sobie myślisz. - Dalej jęczał opierając się o komodę. Walter nawet nie był w stanie wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Wpatrywał się tylko we mnie i czekał, najwyraźniej, na śmierć. Wiele mi można zarzucić, ale nie okrucieństwa, czy... tego. Jak stoję z czasem? Zerknąłem na identyczny jak wcześniej budzik. Perfekcyjnie.
- Ach tak? - Powiedziałem do nich, Alayna już dawno zeszła na bok. Zbierała rzeczy, nadal przestraszona i upokorzona do granic. Poczułem jej wzrok na sobie. Kolejne zaskoczenie. - A więc cóż takiego mogliście robić z nagą, raczej nie z własnej woli, dziewczyna na podłodze, w zamkniętym pokoju, gdy miała w ustach chustę, aby nie mogła krzyczeć... jak sądzę? - Syknąłem, robiąc kolejne kroki w ich stronę. Przywarli do ściany, lecz nie wydusili z siebie ani słowa. - Wiecie, co sobie myślę? - Stanąłem niewiele ponad dwadzieścia centymetrów od nich. Odległość skrajnie niebezpieczna. Szczególnie przy mnie, który mimo zakazu przemian w nadmiarze, nadal mogę nieźle skrzywdzić, nawet w formie ludzkiej. Jestem od nich wyższy. Od obojga... przełknęli ślinę. - Że zasługujecie na karę. Ale... nie moją, moi drodzy, a jej. - Wskazałem na Alaynę, która teraz także spojrzała na mnie, z lekkim niedowierzaniem ukrytym za srebrnymi łzami nadal wypływającymi z jej oczu. Odwróciłem sie ku niej. - Zrobimy tak. - Zacząłem. - Ty będziesz mówić, ja skrzywdzę ich tak, jak sobie zażyczysz... w porządku? - Spytałem, robiąc krok w jej stronę. także się cofnęła. Boi się, nie zdoła wydusić z siebie słowa... skoro tak, ukarzemy ich inaczej. - Dobrze. - Mruknąłem. - Idziemy. - Stwierdziłem, wyciągając ich z pokoju.
<Alayna? Miałam w zamyśle zaprowadzenie ich do rodziców Williama ale zdałam sobie sprawę, że oni są przecież w Baltimore xd Byłoby ciężko>
~
Kaptury - Tu słowo z gwary łowców określające łowcę działającego w terenie, polującego na mutanty.
niedziela, 25 października 2015
Od Alayn'y cd. Williama
Aaaaaaaaaa krzyczałam w myślach. Próbowałam się uspokoić. Najmniejszy błąd i już zapewne po mnie. Dobra dobra dobra... dziewczyno, uspokój się patrzyłam na mężczyznę w ciszy, jakby mi obcięli język.
- Zapytam jeszcze raz - powiedział ostrym głosem. - Znasz Deborah Morgan? - ok... co on ci mówił? Zginęła mi na rękach. No dobra... Ale mam ją znać?! przełknęłam ślinę. Spojrzałam na to coś... Tylko nie krzycz, tylko nie krzycz... Kiwnęłam twierdząco głową. Najwyżej poboli i przestanie próbowałam się jakoś uspokoić faktem, że chociaż mój jeden najdrobniejszy błąd, to moja śmierć.
- Tak - powiedziałam cicho, praktycznie niedosłyszalnie.
- A mówi ci coś William O'Brian? - pokręciłam przecząco głową. Może i w tamtym momencie uciekałam. Jednak wszystko dobrze pamiętam.
- Nie... - powiedziałam jeszcze ciszej, o ile to możliwe.
- Mów głośniej - usłyszałam głos drugiego mężczyzny, który stał w progu i się opierał o framugę. Wtedy te zwierzę zawarczało czy co tam zrobiło, obśliniło się, jakby był głodny.
- A mówią ci coś te nazwiska, Lucianna Hemingeway albo Kevin Dutton? - pokręciłam stanowczo głową. Nie słyszałam nawet o nich.
- A teraz przejdźmy do twojej znajomości z Deborah - spojrzałam w oczy tego stworzenia. Jakieś znane mi się wydały... jednak po kilku sekundach patrzenia w nie i znalezienia czegoś, co było jakieś znajome, wystraszyłam się, gdyż stworzenie chciało na mnie skoczyć. - Jak długo ją znasz? - mężczyzna zapytał jakby nigdy nic, jednak usłyszałam w jego głosie śmiech. Byłam wystraszona. Koniec. Proszę.
- Dwa dni - powiedziałam głośniej, jak mi kazano. Nogi podkuliłam, a ręce oparłam na brzegach krzesła i je wyprostowałam. Sama zaś odsunęłam się znacznie do tyłu, jak to było możliwe.
- Kiedy ją ostatnio widziałaś? - pomyślałam chwilę. Zginęła ci na rękach przypomniały mi się jego słowa. Cztery dni temu w postaci kruka została zabrana.
- Kilka dni temu.
- A jakieś szczegóły? - zginęła mi na rękach
- Znalazłam ją w lesie zakrwawioną - zaczęłam coś wymyślać. Nie patrzyłam nikomu w oczy, tylko na podłogę. W oczach pojawiły mi się łzy. - Wykrwawiła się na śmierć... na moich rękach - delikatnie się rozbeczałam. Kilka łez spłynęło mi po policzku. Niech myślą, że to prawda. Tak na prawdę łzy pojawiły się stąd, że strasznie się teraz bałam. Przez kilka sekund żadnego pytania. W końcu jednak podszedł bliżej mężczyzna, który stał przy drzwiach.
- Wiesz kto to jest mutant, albo łowca? - zapytał. Otworzyłam delikatnie oczy. Na ten temat nic nie mówiłeś. Wiem kto to. Deborah jest mutantem, ty jesteś łowcą. Co mam mówić? Podniosłam głowę nie wiedząc co powiedzieć. - Słyszysz? - on był ostrzejszy. Stworzenie znowu wydało z siebie przerażający dźwięk. Wzdrygnęłam się, patrząc na nie, jednak szybko wzrok przeniosłam na tego mężczyznę.
- Nie wiem kto to. Pierwsze słyszę - powiedziałam z drżącym głosem. Byli ode mnie zaledwie kilka centymetrów. Nieswojo się czułam. Po za tym ich oczy były przerażające. Spojrzeli po sobie. Kiwnęli do siebie głowami.
- Zabierz stąd Corvo. Ja jeszcze zadam jej parę pytań. Powinna współpracować - spojrzał na mnie. Wzrok jego mówił za siebie. Współpracuj, bo będzie boleć. Drugi kiwnął głową. Chwycił łańcuch, na którym było stworzenie. Monstrum jeszcze klapnęło do mnie dziobek, jakby chcąc mnie posmakować, jednak zostało odciągnięte ode mnie i zabrane z pokoju. Mężczyzna, który tu został ze mną, zbliżył się nieznacznie. - Będziesz współpracować. Prawda? - złapał mnie za brodę. Kilka łez jeszcze spłynęło w dół po policzkach. kiwnęłam twierdząco głową. - To dobrze. Wstawaj - wykonałam posłusznie polecenie. Mężczyzna złapał mnie za nadgarstek i pociągnął gdzieś. Wyszliśmy z tego pomieszczenia. Ukazał się mi jakiś długi korytarz. Weszliśmy przez jedne drzwi. - Jeden z pokoi, gdzie nie ma lustra - po tym słowie rzucił mnie na ziemię. Odwróciłam się w jego stronę. Kucnął przy mnie i mi spojrzał w oczy. - Niezła z ciebie dup* - po tym słowie złapał mnie za pierś, jednak ja go popchnęłam.
- Zostaw mnie - powiedziałam wstając. Strach się coraz bardziej nasilał. Proszę, nie. Zaśmiał się, wtem do pokoju wszedł ten sam mężczyzna, który miał odprowadzić Corvo.
- Zaczynamy zabawę? - w dłoni trzymał jakąś chustę. Spojrzałam na nią, po czym podsunęłam się do ściany.
- Nie - powiedziałam pewnie. To była dla mnie i dla nich jakaś odmiana, w tym krótkim czasie.
- Mała się stawia? - podszedł do mnie, po czym mnie złapał mocno za rękę. Nie mogłam jej wyciągnąć, z jego uścisku. Pociągnął mnie za sobą. Odwrócił mnie i założył mi blokadę. Dłoń miałam na plecak, wygiętą.
- To boli! Puść mnie! - zaśmiali się. Na usta założył mi chustę. Nie mogłam nic powiedzieć. Próbowałam się w jakiś sposób wyrwać, ale zakończyło się tylko bólem ręki. Złapał mnie za drugą rękę. Ten, który założył mi chustę, zdjął pasek ze spodni i zawiązał mi ręce. Rzucili mnie na podłogę. Nie mogłam wstać. Jedynie nogi miałam wolne, ale któryś z nich stanął mi na włosy, więc każde podniesienie się, kończyło się bólem.
- Zaczynamy, zanim nas znajdzie - usłyszałam, po czym oboje rozpięli rozporki. Zamknęłam oczy. Poczułam, jak zdejmują mi spodnie, a wraz z nimi majtki. Miotałam się, ale jedna słaba dziewczyna, kontra dwa silne chłopy, to przegrana walka dziewczyny już na samym początku.
- Nie przesadzaj. Może sam się dołączy, jak nas zobaczy - podnieśli mnie. Otworzyłam oczy. Zrobiłam się czerwona, więc odwróciłam wzrok. Po chwili wylądowałam już nie na ziemi, ale na jednym z nich. Uśmiechał się jak szatan, który wygrał wojnę z Bogiem, albo jakby zabił anioła. Drugi pociągnął mnie za związane ręce, więc się podniosłam. Zamiast zdjąć, porwali moją koszulkę, tak samo jak stanik. Wybuchłam niekontrolowanym płaczem. Powoli jeden nakierował swojego penisa w moją pochwę. Gdy trafił, delikatnie mnie popchnęli na niego, jednak ja się opierałam. W końcu drugi pomógł. Zatrzymał się już na początku. Poczułam ból. Nie chciał wejść. Gdy na chama mnie popchnęli w dół, poczułam ogromny ból. Nie wiem do czego można go porównać. Może do obdzierania kogoś ze skóry i posypywania solą i jakimiś chemikaliami? Może i tak. Nie mogłam krzyknąć. Jedynie wydawałam z siebie stłumione jęki. Zaczął powoli poruszać biodrami w górę i w dół. Ból był okropny. Po kilku sekundach poczułam jak mężczyzna z przodu łapie mnie za piersi i się nimi bawi. Wygięłam się w łuk. Potem jedynak zostałam delikatnie popchnięta w przodu, po czym poczułam, jak drugi mężczyzna kieruje swojego członka do odbytu. Masz fajnych kolegów kutasie pomyślałam. Chciałam przestać w jakikolwiek czuć ból. Próbowałam sobie przypomnieć jakieś straszne sceny z mojego życia, nawet ułamek sekundy, w którym widziałam światła samochodu, który we mnie wjechał, ale nic. Dałam z tym spokój. Gdy poczułam jak pcha i ten z tyłu, poddałam się. Czekałam teraz tylko na koniec. Aż się spuszczą, wyjdą ze mnie i mnie tu zostawią. Ten z tyłu, bawił się także moją łechtaczką.
<William? Jest tak jak miało być. Więcej się tak nie rozpiszę chyba>
- Zapytam jeszcze raz - powiedział ostrym głosem. - Znasz Deborah Morgan? - ok... co on ci mówił? Zginęła mi na rękach. No dobra... Ale mam ją znać?! przełknęłam ślinę. Spojrzałam na to coś... Tylko nie krzycz, tylko nie krzycz... Kiwnęłam twierdząco głową. Najwyżej poboli i przestanie próbowałam się jakoś uspokoić faktem, że chociaż mój jeden najdrobniejszy błąd, to moja śmierć.
- Tak - powiedziałam cicho, praktycznie niedosłyszalnie.
- A mówi ci coś William O'Brian? - pokręciłam przecząco głową. Może i w tamtym momencie uciekałam. Jednak wszystko dobrze pamiętam.
- Nie... - powiedziałam jeszcze ciszej, o ile to możliwe.
- Mów głośniej - usłyszałam głos drugiego mężczyzny, który stał w progu i się opierał o framugę. Wtedy te zwierzę zawarczało czy co tam zrobiło, obśliniło się, jakby był głodny.
- A mówią ci coś te nazwiska, Lucianna Hemingeway albo Kevin Dutton? - pokręciłam stanowczo głową. Nie słyszałam nawet o nich.
- A teraz przejdźmy do twojej znajomości z Deborah - spojrzałam w oczy tego stworzenia. Jakieś znane mi się wydały... jednak po kilku sekundach patrzenia w nie i znalezienia czegoś, co było jakieś znajome, wystraszyłam się, gdyż stworzenie chciało na mnie skoczyć. - Jak długo ją znasz? - mężczyzna zapytał jakby nigdy nic, jednak usłyszałam w jego głosie śmiech. Byłam wystraszona. Koniec. Proszę.
- Dwa dni - powiedziałam głośniej, jak mi kazano. Nogi podkuliłam, a ręce oparłam na brzegach krzesła i je wyprostowałam. Sama zaś odsunęłam się znacznie do tyłu, jak to było możliwe.
- Kiedy ją ostatnio widziałaś? - pomyślałam chwilę. Zginęła ci na rękach przypomniały mi się jego słowa. Cztery dni temu w postaci kruka została zabrana.
- Kilka dni temu.
- A jakieś szczegóły? - zginęła mi na rękach
- Znalazłam ją w lesie zakrwawioną - zaczęłam coś wymyślać. Nie patrzyłam nikomu w oczy, tylko na podłogę. W oczach pojawiły mi się łzy. - Wykrwawiła się na śmierć... na moich rękach - delikatnie się rozbeczałam. Kilka łez spłynęło mi po policzku. Niech myślą, że to prawda. Tak na prawdę łzy pojawiły się stąd, że strasznie się teraz bałam. Przez kilka sekund żadnego pytania. W końcu jednak podszedł bliżej mężczyzna, który stał przy drzwiach.
- Wiesz kto to jest mutant, albo łowca? - zapytał. Otworzyłam delikatnie oczy. Na ten temat nic nie mówiłeś. Wiem kto to. Deborah jest mutantem, ty jesteś łowcą. Co mam mówić? Podniosłam głowę nie wiedząc co powiedzieć. - Słyszysz? - on był ostrzejszy. Stworzenie znowu wydało z siebie przerażający dźwięk. Wzdrygnęłam się, patrząc na nie, jednak szybko wzrok przeniosłam na tego mężczyznę.
- Nie wiem kto to. Pierwsze słyszę - powiedziałam z drżącym głosem. Byli ode mnie zaledwie kilka centymetrów. Nieswojo się czułam. Po za tym ich oczy były przerażające. Spojrzeli po sobie. Kiwnęli do siebie głowami.
- Zabierz stąd Corvo. Ja jeszcze zadam jej parę pytań. Powinna współpracować - spojrzał na mnie. Wzrok jego mówił za siebie. Współpracuj, bo będzie boleć. Drugi kiwnął głową. Chwycił łańcuch, na którym było stworzenie. Monstrum jeszcze klapnęło do mnie dziobek, jakby chcąc mnie posmakować, jednak zostało odciągnięte ode mnie i zabrane z pokoju. Mężczyzna, który tu został ze mną, zbliżył się nieznacznie. - Będziesz współpracować. Prawda? - złapał mnie za brodę. Kilka łez jeszcze spłynęło w dół po policzkach. kiwnęłam twierdząco głową. - To dobrze. Wstawaj - wykonałam posłusznie polecenie. Mężczyzna złapał mnie za nadgarstek i pociągnął gdzieś. Wyszliśmy z tego pomieszczenia. Ukazał się mi jakiś długi korytarz. Weszliśmy przez jedne drzwi. - Jeden z pokoi, gdzie nie ma lustra - po tym słowie rzucił mnie na ziemię. Odwróciłam się w jego stronę. Kucnął przy mnie i mi spojrzał w oczy. - Niezła z ciebie dup* - po tym słowie złapał mnie za pierś, jednak ja go popchnęłam.
- Zostaw mnie - powiedziałam wstając. Strach się coraz bardziej nasilał. Proszę, nie. Zaśmiał się, wtem do pokoju wszedł ten sam mężczyzna, który miał odprowadzić Corvo.
- Zaczynamy zabawę? - w dłoni trzymał jakąś chustę. Spojrzałam na nią, po czym podsunęłam się do ściany.
- Nie - powiedziałam pewnie. To była dla mnie i dla nich jakaś odmiana, w tym krótkim czasie.
- Mała się stawia? - podszedł do mnie, po czym mnie złapał mocno za rękę. Nie mogłam jej wyciągnąć, z jego uścisku. Pociągnął mnie za sobą. Odwrócił mnie i założył mi blokadę. Dłoń miałam na plecak, wygiętą.
- To boli! Puść mnie! - zaśmiali się. Na usta założył mi chustę. Nie mogłam nic powiedzieć. Próbowałam się w jakiś sposób wyrwać, ale zakończyło się tylko bólem ręki. Złapał mnie za drugą rękę. Ten, który założył mi chustę, zdjął pasek ze spodni i zawiązał mi ręce. Rzucili mnie na podłogę. Nie mogłam wstać. Jedynie nogi miałam wolne, ale któryś z nich stanął mi na włosy, więc każde podniesienie się, kończyło się bólem.
- Zaczynamy, zanim nas znajdzie - usłyszałam, po czym oboje rozpięli rozporki. Zamknęłam oczy. Poczułam, jak zdejmują mi spodnie, a wraz z nimi majtki. Miotałam się, ale jedna słaba dziewczyna, kontra dwa silne chłopy, to przegrana walka dziewczyny już na samym początku.
- Nie przesadzaj. Może sam się dołączy, jak nas zobaczy - podnieśli mnie. Otworzyłam oczy. Zrobiłam się czerwona, więc odwróciłam wzrok. Po chwili wylądowałam już nie na ziemi, ale na jednym z nich. Uśmiechał się jak szatan, który wygrał wojnę z Bogiem, albo jakby zabił anioła. Drugi pociągnął mnie za związane ręce, więc się podniosłam. Zamiast zdjąć, porwali moją koszulkę, tak samo jak stanik. Wybuchłam niekontrolowanym płaczem. Powoli jeden nakierował swojego penisa w moją pochwę. Gdy trafił, delikatnie mnie popchnęli na niego, jednak ja się opierałam. W końcu drugi pomógł. Zatrzymał się już na początku. Poczułam ból. Nie chciał wejść. Gdy na chama mnie popchnęli w dół, poczułam ogromny ból. Nie wiem do czego można go porównać. Może do obdzierania kogoś ze skóry i posypywania solą i jakimiś chemikaliami? Może i tak. Nie mogłam krzyknąć. Jedynie wydawałam z siebie stłumione jęki. Zaczął powoli poruszać biodrami w górę i w dół. Ból był okropny. Po kilku sekundach poczułam jak mężczyzna z przodu łapie mnie za piersi i się nimi bawi. Wygięłam się w łuk. Potem jedynak zostałam delikatnie popchnięta w przodu, po czym poczułam, jak drugi mężczyzna kieruje swojego członka do odbytu. Masz fajnych kolegów kutasie pomyślałam. Chciałam przestać w jakikolwiek czuć ból. Próbowałam sobie przypomnieć jakieś straszne sceny z mojego życia, nawet ułamek sekundy, w którym widziałam światła samochodu, który we mnie wjechał, ale nic. Dałam z tym spokój. Gdy poczułam jak pcha i ten z tyłu, poddałam się. Czekałam teraz tylko na koniec. Aż się spuszczą, wyjdą ze mnie i mnie tu zostawią. Ten z tyłu, bawił się także moją łechtaczką.
<William? Jest tak jak miało być. Więcej się tak nie rozpiszę chyba>
Od Williama CD Alayn'y
Wszyscy w trójkę patrzyliśmy na nią zza lustra weneckiego, jak denerwuje się i stroi dziwaczne miny, próbując uwolnić się z więzów, które i tak przecież zawiązaliśmy lekko. W końcu wstała, i z posiniaczonymi nadgarstkami zaczęła robić małe kroczki po pokoju.
- Jesteśmy okropni. - Westchnąłem w półśmiechu. Z jednej strony źle czułem się trzymając ją tam, ale z drugiej śmiesznie wyglądała kiedy była tak zestresowana.
- Yhm. - Skwitował Walter. Niższy ode mnie o jakieś trzy centymetry chłopak, opalony brunet o bladozielonych oczach i krótko przyciętych włosach. - To co, lecimy z tym? - Spytał, na Lumena, który stał właśnie nieco za nami. - Lumen, co sądzisz? - Zwrócił się do niego Walter.
- Jedziemy. - Rzucił i podszedł bliżej. - Will... ? - Oboje teraz patrzyli na mnie. Czekali, aż powiem coś lub dam jakikolwiek potwierdzający gest. Jeszcze raz spojrzałem na Alayn'ę. Biedna trochę... ale da radę. Bez słowa podszedłem do krzesła stojącego w rogu i rzuciłem Walterowi uprzęż.
- Zakładaj i idziemy. - Rzuciłem nim zmieniłem się w swoją drugą formę. Oboje lekko podskoczyli.
- Stary... nigdy się chyba do tego nie przyzwyczaję. - Mruknął Water zakładając mi szelki i kaganiec. Udałem, że chcę chapnąć go w rękę. - Uważaj! - Zachichotałem swoim ptasim dziobem.
Gdy miałem już na sobie całe zbędne, ale dodające efektu, żelastwo, ruszyliśmy ku drzwiom sali przesłuchań. Walter powoli rozchylił drzwi, po czym pozwolił mi wskoczyć do pokoju tak blisko dziewczyny, by dzieliły nas jedynie centymetry. Za mną wszedł chłopak, a gdy Alayna wstrzymała oddech na widok próbującego z całych sił dorwać ją gigantycznego ptako-smoka, poklepał mnie po grzbiecie i zaczął mówić.
- Ten tu przystojniak. - Wyrwał mi pióro. Jak tylko skończymy to chyba ja mu coś wyrwę... - nazywa się Corvo. Muszę ci zdradzić, że głodny to on jest na okrągło. - Przysunął się do Alayn'y, odciągając przy tym mnie na krótką chwilę, by po upływie następnych kilku sekund zrobić gwałtowną zmianę miejsc. Udałem, że próbuję się wyrwać. W tej sali chyba mam najtrudniejsze zadanie... Cholera. Ale trudno jest się wyrywać i przy tym nie przewrócić Wolta... mógłby trochę przypakować, aby być jakimkolwiek wyzwaniem. - Ale mniejsza o niego, Aly. Mogę tak do ciebie mówić? - Spytał. Przerażona kiwnęła głową. - Dzięki. A więc... muszę zadać ci kilka dość istotnych pytań, Aly. Proszę, usiądź. - Wskazał jej krzesło, nad którym jeszcze moment wcześniej się śliniłem. Ach, te efekty specjalne! Walter wytarł siedzenie nim dziewczyna na nie upadła. Cóż za dżentelmen! - Po pierwsze... czy wiesz, kim jest Deborah Morgan?
<Alayna?>
- Jesteśmy okropni. - Westchnąłem w półśmiechu. Z jednej strony źle czułem się trzymając ją tam, ale z drugiej śmiesznie wyglądała kiedy była tak zestresowana.
- Yhm. - Skwitował Walter. Niższy ode mnie o jakieś trzy centymetry chłopak, opalony brunet o bladozielonych oczach i krótko przyciętych włosach. - To co, lecimy z tym? - Spytał, na Lumena, który stał właśnie nieco za nami. - Lumen, co sądzisz? - Zwrócił się do niego Walter.
- Jedziemy. - Rzucił i podszedł bliżej. - Will... ? - Oboje teraz patrzyli na mnie. Czekali, aż powiem coś lub dam jakikolwiek potwierdzający gest. Jeszcze raz spojrzałem na Alayn'ę. Biedna trochę... ale da radę. Bez słowa podszedłem do krzesła stojącego w rogu i rzuciłem Walterowi uprzęż.
- Zakładaj i idziemy. - Rzuciłem nim zmieniłem się w swoją drugą formę. Oboje lekko podskoczyli.
- Stary... nigdy się chyba do tego nie przyzwyczaję. - Mruknął Water zakładając mi szelki i kaganiec. Udałem, że chcę chapnąć go w rękę. - Uważaj! - Zachichotałem swoim ptasim dziobem.
Gdy miałem już na sobie całe zbędne, ale dodające efektu, żelastwo, ruszyliśmy ku drzwiom sali przesłuchań. Walter powoli rozchylił drzwi, po czym pozwolił mi wskoczyć do pokoju tak blisko dziewczyny, by dzieliły nas jedynie centymetry. Za mną wszedł chłopak, a gdy Alayna wstrzymała oddech na widok próbującego z całych sił dorwać ją gigantycznego ptako-smoka, poklepał mnie po grzbiecie i zaczął mówić.
- Ten tu przystojniak. - Wyrwał mi pióro. Jak tylko skończymy to chyba ja mu coś wyrwę... - nazywa się Corvo. Muszę ci zdradzić, że głodny to on jest na okrągło. - Przysunął się do Alayn'y, odciągając przy tym mnie na krótką chwilę, by po upływie następnych kilku sekund zrobić gwałtowną zmianę miejsc. Udałem, że próbuję się wyrwać. W tej sali chyba mam najtrudniejsze zadanie... Cholera. Ale trudno jest się wyrywać i przy tym nie przewrócić Wolta... mógłby trochę przypakować, aby być jakimkolwiek wyzwaniem. - Ale mniejsza o niego, Aly. Mogę tak do ciebie mówić? - Spytał. Przerażona kiwnęła głową. - Dzięki. A więc... muszę zadać ci kilka dość istotnych pytań, Aly. Proszę, usiądź. - Wskazał jej krzesło, nad którym jeszcze moment wcześniej się śliniłem. Ach, te efekty specjalne! Walter wytarł siedzenie nim dziewczyna na nie upadła. Cóż za dżentelmen! - Po pierwsze... czy wiesz, kim jest Deborah Morgan?
<Alayna?>
Od Alayn'y cd. Williama
Tak jak wcześniej ustaliłam, miałam wybiec gdy się stanie coś złego. W sumie on mi to sam powiedział. Gdy wpadłam w ręce jakiegoś mężczyzny, który wchodził po schodach, nie miałam drogi ucieczki. Mutantem nie jestem, ale jednak mam problemy, jakbym nim była! karciłam się w myślach, za... nie wiem za co. Po prostu karciłam się za swoje życie. Szkoda jednak, ze to trwało tylko kilka sekund. Potem już widziałam ciemność.
Obudziłam się, jednak nie otwierałam oczu. Wszystko pamiętałam i to bardzo dokładnie. Nie mogłam ruszyć rękoma, ani nogami. Niech to będzie sen. Niech to będzie kur*a pieprzon* koszmar! zaczęłam krzyczeć w głowie. W końcu jednak się odważyłam i otworzyłam oczy. Rozejrzałam się. Znajdowałam się w jakimś pomieszczeniu, gdzie niczego nie było. Siedziałam przy ścianie, ze związanymi rękoma, nogami i chustą na ustach. Nikogo nie było w pokoju. Liny były bardzo mocno związane. Szkoda, że mam cienkie nadgarstki. Czułam ból. Moja skóra za pewne jest już czerwona. Na szczęście ręce miałam tak ułożona, że było mi to na rękę. Szybko ręce skierowałam w dół, dzięki czemu przeszły mi pod nogi. Szkoda jednak, że ramionami mnie cholernie bolały od tego wygięcia. Myślałam, że zaraz mi się połamią. Ręce znajdowały się po kolana. Rozszerzyłam nogi, po czym naplułam na linę. Po około pięciu minutach miałam tam mokre ręce i nadgarstki, że mogłam wyjąć ręce, jednak z trudem. Potem już było z górki. Zdjęłam chustę, po czym odwiązałam nogi. Gdy miałam wszystko wolne, z trudem wstałam. Myślałam, ze w tej chwili połamałam sobie obydwie kończyny. Można było usłyszeć nawet kości, które mi się przesunęły. Wtem drzwi się otworzyły. Spojrzałam na nie z przerażeniem. Czy to nie może się już skończyć? przybliżyłam się do ściany. Nie miałam się czym bronić. Żałuję, że żyje. Żałuję, że wogle się teraz ocknęłam.
<William? No ona dostanie histerii albo depresji>
Obudziłam się, jednak nie otwierałam oczu. Wszystko pamiętałam i to bardzo dokładnie. Nie mogłam ruszyć rękoma, ani nogami. Niech to będzie sen. Niech to będzie kur*a pieprzon* koszmar! zaczęłam krzyczeć w głowie. W końcu jednak się odważyłam i otworzyłam oczy. Rozejrzałam się. Znajdowałam się w jakimś pomieszczeniu, gdzie niczego nie było. Siedziałam przy ścianie, ze związanymi rękoma, nogami i chustą na ustach. Nikogo nie było w pokoju. Liny były bardzo mocno związane. Szkoda, że mam cienkie nadgarstki. Czułam ból. Moja skóra za pewne jest już czerwona. Na szczęście ręce miałam tak ułożona, że było mi to na rękę. Szybko ręce skierowałam w dół, dzięki czemu przeszły mi pod nogi. Szkoda jednak, że ramionami mnie cholernie bolały od tego wygięcia. Myślałam, że zaraz mi się połamią. Ręce znajdowały się po kolana. Rozszerzyłam nogi, po czym naplułam na linę. Po około pięciu minutach miałam tam mokre ręce i nadgarstki, że mogłam wyjąć ręce, jednak z trudem. Potem już było z górki. Zdjęłam chustę, po czym odwiązałam nogi. Gdy miałam wszystko wolne, z trudem wstałam. Myślałam, ze w tej chwili połamałam sobie obydwie kończyny. Można było usłyszeć nawet kości, które mi się przesunęły. Wtem drzwi się otworzyły. Spojrzałam na nie z przerażeniem. Czy to nie może się już skończyć? przybliżyłam się do ściany. Nie miałam się czym bronić. Żałuję, że żyje. Żałuję, że wogle się teraz ocknęłam.
<William? No ona dostanie histerii albo depresji>
Od Williama CD Alayn'y
Wydaje mi się, że nie... choć nigdy nie wiadomo. Ręka może się zawsze omsknąć XD
- Dzięki. - Powiedziałem uśmiechając się do dziewczyny, gdy ta postawiła przede mną kubek z kawą. Wziąłem małego łyka. idealna - Robisz świetną kawę. - Pochwaliłem ją, wycierając z wargi piankę. Schowałem broń. Skoro już mam czym zająć ręce... Dziewczyna cały czas śledziła ją, aż do momentu, w którym zniknęła za moją koszulą. - Nie martw się, nie zastrzelę. - Zaśmiałem się, mierząc do niej z dłoni. Wygląda na to, że nie było jej do śmiechu.
- No wiesz. Kiedy ktoś wyjmuje broń w MOIM mieszkaniu to zaczynam się denerwować. - Syknęła.
- Bez nerwów, kochana... - Cały czas mówiłem miłym tonem. Jakoś mam coś w sobe, że kobietom trudno mnie zdenerwować. - Bo zaraz sobie pomyślę, żeś wąż, nie człowiek. - Puściłem oczko. Trudno stwierdzić, jak to odebrała bo więcej się nie odzywała. Tylko usiadła naprzeciw mnie i wpatrywała się, pewnie zastanawiając się, co dalej powiem.
Siedzieliśmy tak przez dobre kilka minut, nie mówiąc ani słowa. Jedynie ja chwilę popijałem powoli kawę. Poznałem ją. Nawet miła. Przebiło się przez moją głowę. Teraz do rzeczy. Wyprostowałem się na krześle, przełknąłem ślinę aby uniknąć niepotrzebnej chrypy i przerywania wypowiedzi, po czym zacząłem mówić.
- Dobra. - Zacząłem. - Teraz słuchaj. I to uważnie, bo nie będę powtarzać ani dodatkowo tłumaczyć. - Zaczekałem, aż niepewnie kiwnęła głową. Wyglądała na zaskoczoną, ale się nie bała. - Zaraz przyjdą tu moi... koledzy. - Zakomunikowałem. - Pojmą cię i zabiorą stąd. - Dodałem. - Proszę, nie szarp się i nie próbuj uciec... i tak przecież nie uciekniesz. Poza tym, zadadzą ci tylko parę pytań, na które przecież znasz odpowiedź i wypuszczą. Wiem, że ty nie jesteś mutantem. O to się nie martw... sam zadbam o to, aby nikt nic ci nie zrobił, ale musisz współpracować. To rutynowe działanie. Ale gdyby ktoś pytał... a będzie. Deborah nie żyje, zginęła ci na rękach. Zrozumiano? - Chyba nawet nie słuchała. Pobiegła do drzwi i otworzyła je. Sprytna, nie domknęła ich wcześniej Wpadła na Lumena, jednego z moich "kolegów". - Ale mówiłem, nie uciekaj... zawsze to samo. - Westchnąłem, przechodząc obok niej. - W ich obecności się nie znamy, nie wiesz, kim jesteśmy, nie masz pojęcia, co robimy... wiesz tylko, że twoja przyjaciółka to ptak. - Wyszeptałem jej. Lumen wbił jej igłę, zemdlała.
<Alayna? Takie o, porwanko. xd Miałam inny zamysł, ale go zapomniałam więc zaczęłam improwizować...>
- Dzięki. - Powiedziałem uśmiechając się do dziewczyny, gdy ta postawiła przede mną kubek z kawą. Wziąłem małego łyka. idealna - Robisz świetną kawę. - Pochwaliłem ją, wycierając z wargi piankę. Schowałem broń. Skoro już mam czym zająć ręce... Dziewczyna cały czas śledziła ją, aż do momentu, w którym zniknęła za moją koszulą. - Nie martw się, nie zastrzelę. - Zaśmiałem się, mierząc do niej z dłoni. Wygląda na to, że nie było jej do śmiechu.
- No wiesz. Kiedy ktoś wyjmuje broń w MOIM mieszkaniu to zaczynam się denerwować. - Syknęła.
- Bez nerwów, kochana... - Cały czas mówiłem miłym tonem. Jakoś mam coś w sobe, że kobietom trudno mnie zdenerwować. - Bo zaraz sobie pomyślę, żeś wąż, nie człowiek. - Puściłem oczko. Trudno stwierdzić, jak to odebrała bo więcej się nie odzywała. Tylko usiadła naprzeciw mnie i wpatrywała się, pewnie zastanawiając się, co dalej powiem.
Siedzieliśmy tak przez dobre kilka minut, nie mówiąc ani słowa. Jedynie ja chwilę popijałem powoli kawę. Poznałem ją. Nawet miła. Przebiło się przez moją głowę. Teraz do rzeczy. Wyprostowałem się na krześle, przełknąłem ślinę aby uniknąć niepotrzebnej chrypy i przerywania wypowiedzi, po czym zacząłem mówić.
- Dobra. - Zacząłem. - Teraz słuchaj. I to uważnie, bo nie będę powtarzać ani dodatkowo tłumaczyć. - Zaczekałem, aż niepewnie kiwnęła głową. Wyglądała na zaskoczoną, ale się nie bała. - Zaraz przyjdą tu moi... koledzy. - Zakomunikowałem. - Pojmą cię i zabiorą stąd. - Dodałem. - Proszę, nie szarp się i nie próbuj uciec... i tak przecież nie uciekniesz. Poza tym, zadadzą ci tylko parę pytań, na które przecież znasz odpowiedź i wypuszczą. Wiem, że ty nie jesteś mutantem. O to się nie martw... sam zadbam o to, aby nikt nic ci nie zrobił, ale musisz współpracować. To rutynowe działanie. Ale gdyby ktoś pytał... a będzie. Deborah nie żyje, zginęła ci na rękach. Zrozumiano? - Chyba nawet nie słuchała. Pobiegła do drzwi i otworzyła je. Sprytna, nie domknęła ich wcześniej Wpadła na Lumena, jednego z moich "kolegów". - Ale mówiłem, nie uciekaj... zawsze to samo. - Westchnąłem, przechodząc obok niej. - W ich obecności się nie znamy, nie wiesz, kim jesteśmy, nie masz pojęcia, co robimy... wiesz tylko, że twoja przyjaciółka to ptak. - Wyszeptałem jej. Lumen wbił jej igłę, zemdlała.
<Alayna? Takie o, porwanko. xd Miałam inny zamysł, ale go zapomniałam więc zaczęłam improwizować...>
Od Alayn'y cd. Williama
Kiwnęłam głową i zrobiłam jak mówił. Jak tylko ujrzałam pistolet, moje serce zamarło, a w myślach pojawiły się czarne scenariusze. Nie strzelaj tylko pomyślałam, gdy robiłam kawę. Jestem strachajło i dobrze o tym wiem. Co jakiś czas się odwracałam, czy nie stoi za mną. nie patrzy się na mnie, nie celuje we mnie... po prostu się bałam. Jednak od małego uczono mnie tej najwyższej kultury, czego żałuję, bo teraz nie potrafię mu odmówić, a do tego, boje się tego, czego powinna bać się dama. W sumie prawie. Uczono mnie, że na wszystko co straszne, powinno się reagować krzykiem, albo mdleniem. Nigdy tego sobie do głowy nie wbiłam. Jednak rodzice chcąc, abym tak zaczęła robić, straszyli mnie po nocach, więc teraz boje się nie tylko ciemności, ale i wiele rzeczy w dzień. Nawet tego gościa. Nie znam go, boje się go. Nie wiem czy na prawdę pomógł Deborah, czy jej nie zabił, czy teraz nie znajduje się w tym pomieszczeniu tylko po to, by mi coś zrobić. Zawsze mnie straszono, że obcy mogą cię nie tylko zabić, ale i zgwałcić, upokorzyć, że będziesz chciał się powiesić, albo i też poważnie zranić, gdzie sam się dobijesz, bez udziału tego obcego. Jednak w jakimś stopniu wierzę mu i to może dlatego go teraz nie wyrzuciłam. Nie wiem. Siedziałam w kuchni przez pięć minut, rozmyślając. Po zrobieniu kawy, przyniosłam mu ją, mając nadzieję, ze nie użyje broni.
<William? mam się bać?>
<William? mam się bać?>
Od Williama CD Alayn'y
- Wszędzie tu czuć Deborę... - Westchnąłem pod nosem, lecz dziewczyna najwyraźniej to wyłapała, bo znów wykrzywiła się w dziwnym grymasie, teraz widocznie uznając, że ze mną na pewno jest coś nie tak. Trudno się jej dziwić. Zaśmiałem się pod nosem. - Masz może kawę? - Spytałem od razu. Zrobiła jeszcze dziwniejszą minę... choć tym razem z nutką zaskoczenia. Stała przez chwilę, zapewne zastanawiając się, co będzie lepiej odpowiedzieć ale w końcu i tak przystała na kulturze i gościnności.
- Pewnie. - Powiedziała to tak cicho, że ledwo co ja dosłyszałem, chwile później zniknęła już w progu kuchni, a ja ponownie rozsiadłem się na krześle. Cholercia... jakie ono wygodne! Wyciągnąłem zza pazuchy swoja ukochaną Berettę i zacząłem się nią bawić. Kątem oka zauważyłem, jak dziewczyna spogląda na mnie nerwowo zza szyby dzielącej jadalnio-salon od kuchni.
- Dwie i pół łyżeczki cukru, pół na pół z mlekiem, jeśli można. - Zakomunikowałem nie odrywając wzroku od pistoletu.
<Alayna?>
- Pewnie. - Powiedziała to tak cicho, że ledwo co ja dosłyszałem, chwile później zniknęła już w progu kuchni, a ja ponownie rozsiadłem się na krześle. Cholercia... jakie ono wygodne! Wyciągnąłem zza pazuchy swoja ukochaną Berettę i zacząłem się nią bawić. Kątem oka zauważyłem, jak dziewczyna spogląda na mnie nerwowo zza szyby dzielącej jadalnio-salon od kuchni.
- Dwie i pół łyżeczki cukru, pół na pół z mlekiem, jeśli można. - Zakomunikowałem nie odrywając wzroku od pistoletu.
<Alayna?>
Od Alayn'y cd. Williama
W co ja się kur*a wpakowałam przeszło mi przez myśl. Stałam i patrzyłam na tego mężczyznę, bo nie wiedziałam co powiedzieć. W głowie miałam wiele myśli, tak wiele, że nie mogłam żadnej wyłapać. W końcu spojrzałam na rękę, którą nadal trzymał za nadgarstek. Ale silny popatrzyłam na niego marszcząc czoło, po czym wyrwała swoją rękę, z jego uścisku. Przynajmniej wiem, że się nie zanudzę na śmierć dodałam ponownie w myślach, po czym znowu spojrzałam mu w oczy, masując nadgarstek. Moje nadgarstki są cienkie, małe i raczej łatwo jest je wyłamać, wyrwać czy co tam jeszcze, więc ten uścisk zrobił delikatny czerwony ślad na mojej skórze.
- Załóżmy, że ci wierzę... poniekąd - powiedziałam w końcu. Stał tak samo jak ja, słup soli, jednak on chyba czekał na odpowiedź. I ją otrzymał. Jakoś mało ciekawą, czy potrzebną, ale otrzymał. I co teraz? Nie mam z nim tematu, a jakoś nie chcę drążyć więcej tematu na temat mutantki Deborag, łowcy William'ie, który ją zabił, i dziewczynie Alayn'ie, która jest jakby w centrum tego zamieszania i to przez czysty przypadek.
<William?>
- Załóżmy, że ci wierzę... poniekąd - powiedziałam w końcu. Stał tak samo jak ja, słup soli, jednak on chyba czekał na odpowiedź. I ją otrzymał. Jakoś mało ciekawą, czy potrzebną, ale otrzymał. I co teraz? Nie mam z nim tematu, a jakoś nie chcę drążyć więcej tematu na temat mutantki Deborag, łowcy William'ie, który ją zabił, i dziewczynie Alayn'ie, która jest jakby w centrum tego zamieszania i to przez czysty przypadek.
<William?>
sobota, 24 października 2015
Od Williama CD Alayny
Nadal była blada... czyli się martwi o swoją przyjaciółkę-mutanta-morderczynię. Zależy jej na potworze, którego poznała kilka dni temu... w całkiem nieprzyjemnych okolicznościach, choć tylko tyle zdradziła mi Deborah. "Nie było najprzyjemniej kiedy poznałyśmy się lepiej. Ja wylądowałam w szpitalu, a ona otarła się o śmierć... no, tyle, że wtedy o tym jeszcze nie wiedziała."
- Jest całkiem miła. - Powiedziałem, siadając przy krześle od stołu Alayn'y. Nie pytałem się nawet o jej zdanie na ten temat... po co? I tak przecież by mi pozwoliła. Wybór miałaby tylko pozorny. - Pozwoliłem jej odejść. - Spojrzałem na nadal stojącą i bladą dziewczynę.
- Samej? - Spytała znienacka. Pokiwałem głową, na co zareagowała czystą paniką. - Że co!? Ona umrze! - Zaczęła krzyczeć. Długo nie posiedziałem... gdy tylko ustałem na nogi, popchnęła mnie No no, wściekła kobieta. - Jak mogłeś!? - Darła się w niebogłosy... ale one zawsze tak mają. Złapałem ją za rękę, by przestała bić mnie po torsie.
- Uspokój się. Deborah żyje i ma się dobrze. - Stwierdziłem, zamilkła. Przynajmniej nie płacze. - Dałem jej środek, dzięki któremu już rano powinna być zdrowa. Rano nocy, której ją zaatakowałem, rzecz jasna... - Dodałem. Zaczęła się uspokajać, choć nadal miałem wrażenie, jakby miała zaraz chwycić za nóż z kuchni i dźgnąć mnie w brzuch... patrząc na wściekłą kobietę, trzeba spojrzeć jej głęboko w oczy. To z jakiegoś nieokreślonego powodu je uspokaja, upewnia, że mówi się do nich prawdę... to też zrobiłem, a na jej twarzy po chwili zagościła mina nieco ufniejsza od tej, którą okazała mi wpuszczając do mieszkania parę minut temu.
Tyle, że stała w miejscu jak słup soli, nie dając mi pola manewru. Wpatrywała się we mnie, jakby widziała Ducha Kacpra.
- Dlaczego? - Spytała w końcu. - Dlaczego jej nie zabiłeś... - Chrypiała. Wrzaski nie działają korzystnie na gardło.
- Bo nie zabijam tych, które nie są złe. - Stwierdziłem. - A Deborah nie dość, że zła nie jest, to jeszcze jest ostatnią ze swojej rasy... ba. Jedyna od początku. Nie czułbym się dobrze wiedząc, że nie żyje przeze mnie. - Widać było po niej, że nie wie, co odpowiedzieć "Łowca, któremu zależy na mutantach?!" Zapewne myślała. Czekałem, aż coś powie...
<Alayna?>
- Jest całkiem miła. - Powiedziałem, siadając przy krześle od stołu Alayn'y. Nie pytałem się nawet o jej zdanie na ten temat... po co? I tak przecież by mi pozwoliła. Wybór miałaby tylko pozorny. - Pozwoliłem jej odejść. - Spojrzałem na nadal stojącą i bladą dziewczynę.
- Samej? - Spytała znienacka. Pokiwałem głową, na co zareagowała czystą paniką. - Że co!? Ona umrze! - Zaczęła krzyczeć. Długo nie posiedziałem... gdy tylko ustałem na nogi, popchnęła mnie No no, wściekła kobieta. - Jak mogłeś!? - Darła się w niebogłosy... ale one zawsze tak mają. Złapałem ją za rękę, by przestała bić mnie po torsie.
- Uspokój się. Deborah żyje i ma się dobrze. - Stwierdziłem, zamilkła. Przynajmniej nie płacze. - Dałem jej środek, dzięki któremu już rano powinna być zdrowa. Rano nocy, której ją zaatakowałem, rzecz jasna... - Dodałem. Zaczęła się uspokajać, choć nadal miałem wrażenie, jakby miała zaraz chwycić za nóż z kuchni i dźgnąć mnie w brzuch... patrząc na wściekłą kobietę, trzeba spojrzeć jej głęboko w oczy. To z jakiegoś nieokreślonego powodu je uspokaja, upewnia, że mówi się do nich prawdę... to też zrobiłem, a na jej twarzy po chwili zagościła mina nieco ufniejsza od tej, którą okazała mi wpuszczając do mieszkania parę minut temu.
Tyle, że stała w miejscu jak słup soli, nie dając mi pola manewru. Wpatrywała się we mnie, jakby widziała Ducha Kacpra.
- Dlaczego? - Spytała w końcu. - Dlaczego jej nie zabiłeś... - Chrypiała. Wrzaski nie działają korzystnie na gardło.
- Bo nie zabijam tych, które nie są złe. - Stwierdziłem. - A Deborah nie dość, że zła nie jest, to jeszcze jest ostatnią ze swojej rasy... ba. Jedyna od początku. Nie czułbym się dobrze wiedząc, że nie żyje przeze mnie. - Widać było po niej, że nie wie, co odpowiedzieć "Łowca, któremu zależy na mutantach?!" Zapewne myślała. Czekałem, aż coś powie...
<Alayna?>
Od Williama CD Coriane
- Will, gdzie biegniesz!? - Zawołał za mną jeden z kompanów, gdy zboczyłem z trasy poszukiwań. Jestem pewien, że pobiegł tam...
- Biegnę tam, gdzie mi się podoba, Marty. - Byłem już rozdrażniony jego ciągłym zwracaniem mi uwagi. To piąty raz dziś, gdy nie podoba się mu moje działanie.
- Wracaj tu. On na pewno pobiegł tam! - Stwierdził. No nie...
- Zamknij się bo cię zdegraduję. Kto tu ma wyższy stopień? Ja czy ty? - Zamilkł. Najwyraźniej jego jedynym argumentem na mój błąd była jego pewność, że mutant pobiegł w inną stronę. Ale to ja z naszej dwójki mam racje częściej... jeśli chodzi o tropienie mutantów, pomyliłem się może raz, góra dwa razy w całym życiu. Cały czas trzymałem w pogotowiu swoją broń - niepozorną Berettę z idealnie dostosowanymi do strzelania na mutantów kulami.
Doszedłem do skromnej chatki w lesie. Czyżby to tu? Trop się kończy...
- Hey, chłopaki! - Zawołałem resztę starając się przy tym zachowywać na tyle cicho, by przerażony wykryciem mutant nie zwiał nam znowu spod nosa. Nie dali nawet znaku życia. Widać są zbyt daleko... Jak zwykle zostałem sam. Tymczasem za cienkimi ścianami usłyszałem rozmowę dwóch kobiet. Dwa mutanty czy też niewinna dziewczyna i jej matka? Spojrzałem ukradkiem przez okno... tak. Jedna z dziewczyn, ta młodsza, udała się smutna i roztrzęsiona do swojego pokoju, podczas gdy druga w tym samym momencie zniknęła za progiem jakiegoś pokoju. Zobaczmy. Zapukałem do drzwi, a wewnątrz domu rozległy się kolejne głosy, by po chwili otworzyła mi młodsza dziewczyna. Od stóp do głów cuchnęła mutantem... na pój widok osłupiała, a na jej twarzy pojawił się dziwaczny uśmieszek zmieszany z grymasem, którego znaczenia nie mogłem do końca zinterpretować... przypominał. Zaraz! Poważnie? Podobam się jej. Ha. W miarę szybko się opanowała.
- Szukasz kogoś? - Spytała miłym, choć lekko chwiejącym się głosem. Nie zdaje sobie sprawy z tego, kim jestem. Broń mam już schowaną, strój łowcy w trybie kamuflażu... myśli, że jestem zwykłym chłopakiem zagubionym w lesie. Można to wykorzystać.
- Właściwie... tak. - Powiedziałem głosem chłopaka, za jakiego na wstępie mnie uznała. - Ale raczej czegoś. Bo widzisz... Tak jakby zgubiłem się w lesie. Kurde. Każde drzewo takie samo... jeden, drugi, trzeci dąb... świerk za chwilę, i znowu dąb, potem brzoza... i sekwencja się powtarza. niezależnie od tego, w jaką stronę bym nie poszedł, ciągle to samo. Chodzę już tak chyba od białego rana, a nadal nie znalazłem drogi do miasta. Twoja chatka wydała mi się zbawieniem! Nareszcie coś innego niż tylko drzewa, drzewa i drzewa... tym bardziej, ze przed chwilą słyszałem jakieś strzały! - Mówiłem niczym katarynka. Nie wierzę, że tak szybko kłamię... ale czego się nie robi... - Więc pomyślałem, że hey... nocą mało co widać, ci co tu strzelają pomyśleć sobie mogą, żem jeleń czy coś... tak, tak. Strachajła ze mnie straszny, no ale wiesz... ostatnio słyszałem, jak takiego co jaka ja się po lesie tułał ze strzelby zabili bo na wilki polowali. No i... właśnie, chciałem się spytać, czy nie masz tu może wolnego pokoju, co bym przenocował u was do rana? Przyrzekam, że razem ze świtem wyjdę i już mnie nie zobaczycie. - Przerwałem na moment, by wziąć głęboki oddech. W całej tej wypowiedzi trochę się zmachałem. - Jak trzeba to zapłacę. - Dodałem najmilej jak mogłem, posyłając dziewczynie uśmiech.
- Biegnę tam, gdzie mi się podoba, Marty. - Byłem już rozdrażniony jego ciągłym zwracaniem mi uwagi. To piąty raz dziś, gdy nie podoba się mu moje działanie.
- Wracaj tu. On na pewno pobiegł tam! - Stwierdził. No nie...
- Zamknij się bo cię zdegraduję. Kto tu ma wyższy stopień? Ja czy ty? - Zamilkł. Najwyraźniej jego jedynym argumentem na mój błąd była jego pewność, że mutant pobiegł w inną stronę. Ale to ja z naszej dwójki mam racje częściej... jeśli chodzi o tropienie mutantów, pomyliłem się może raz, góra dwa razy w całym życiu. Cały czas trzymałem w pogotowiu swoją broń - niepozorną Berettę z idealnie dostosowanymi do strzelania na mutantów kulami.
Doszedłem do skromnej chatki w lesie. Czyżby to tu? Trop się kończy...
- Hey, chłopaki! - Zawołałem resztę starając się przy tym zachowywać na tyle cicho, by przerażony wykryciem mutant nie zwiał nam znowu spod nosa. Nie dali nawet znaku życia. Widać są zbyt daleko... Jak zwykle zostałem sam. Tymczasem za cienkimi ścianami usłyszałem rozmowę dwóch kobiet. Dwa mutanty czy też niewinna dziewczyna i jej matka? Spojrzałem ukradkiem przez okno... tak. Jedna z dziewczyn, ta młodsza, udała się smutna i roztrzęsiona do swojego pokoju, podczas gdy druga w tym samym momencie zniknęła za progiem jakiegoś pokoju. Zobaczmy. Zapukałem do drzwi, a wewnątrz domu rozległy się kolejne głosy, by po chwili otworzyła mi młodsza dziewczyna. Od stóp do głów cuchnęła mutantem... na pój widok osłupiała, a na jej twarzy pojawił się dziwaczny uśmieszek zmieszany z grymasem, którego znaczenia nie mogłem do końca zinterpretować... przypominał. Zaraz! Poważnie? Podobam się jej. Ha. W miarę szybko się opanowała.
- Szukasz kogoś? - Spytała miłym, choć lekko chwiejącym się głosem. Nie zdaje sobie sprawy z tego, kim jestem. Broń mam już schowaną, strój łowcy w trybie kamuflażu... myśli, że jestem zwykłym chłopakiem zagubionym w lesie. Można to wykorzystać.
- Właściwie... tak. - Powiedziałem głosem chłopaka, za jakiego na wstępie mnie uznała. - Ale raczej czegoś. Bo widzisz... Tak jakby zgubiłem się w lesie. Kurde. Każde drzewo takie samo... jeden, drugi, trzeci dąb... świerk za chwilę, i znowu dąb, potem brzoza... i sekwencja się powtarza. niezależnie od tego, w jaką stronę bym nie poszedł, ciągle to samo. Chodzę już tak chyba od białego rana, a nadal nie znalazłem drogi do miasta. Twoja chatka wydała mi się zbawieniem! Nareszcie coś innego niż tylko drzewa, drzewa i drzewa... tym bardziej, ze przed chwilą słyszałem jakieś strzały! - Mówiłem niczym katarynka. Nie wierzę, że tak szybko kłamię... ale czego się nie robi... - Więc pomyślałem, że hey... nocą mało co widać, ci co tu strzelają pomyśleć sobie mogą, żem jeleń czy coś... tak, tak. Strachajła ze mnie straszny, no ale wiesz... ostatnio słyszałem, jak takiego co jaka ja się po lesie tułał ze strzelby zabili bo na wilki polowali. No i... właśnie, chciałem się spytać, czy nie masz tu może wolnego pokoju, co bym przenocował u was do rana? Przyrzekam, że razem ze świtem wyjdę i już mnie nie zobaczycie. - Przerwałem na moment, by wziąć głęboki oddech. W całej tej wypowiedzi trochę się zmachałem. - Jak trzeba to zapłacę. - Dodałem najmilej jak mogłem, posyłając dziewczynie uśmiech.
<Coriane?>
Od Alayn'y cd. William'a
Wpuściłam go do domu, chociaż nie pewnie. Nie znałam go, ale jednak znałam. To był ten sam mężczyzna, który zabrał tego kruka. Teraz mi się wszystko pomieszało. Ale z ciebie du** przeszło mi przez myśl, gdy na niego patrzyłam. Jednak szybko się ogarnęłam. Debilko, wpuściłaś nieznajomego skarciłam się w myślach. Nie zamknęłam drzwi, tylko je przymknęłam, aby jak coś to szybko spierdo***. Może będę miałą szczęście.
- Kim jesteś? - zadałam pytanie, na którą oczekiwałam konkretnej i szybkiej odpowiedzi, bez owijania w bawełnę. Wtedy się podawał za jakiegoś policjanta. Rozejrzał się po salonie, po czym się odwrócił do mnie. Jego uśmiech mnie zauroczył. Taki przyciągający... Jednak go nie odwzajemniłam.
- Nazywam się William O'Brien - zaczął. Albo kłamał znowu, albo tym razem mówił prawdę, zważając na wcześniejszą tożsamość. - Od razu ci wytłumaczę, że jestem łowcą, a krukiem była twoja przyjaciółka Deborah - od razu twarz mi zbladła. Oddałam Deborah łowcy?! myślałam, że teraz pójdę sobie wbić nóż w głowę. Jak mogłam być taka głupia?!
- Zrobiłeś jej coś? - od razu zapytałam, nie dając mu dokończyć. Starałam się, aby mój głos był poważny, jednak w prawdzie to się o nią martwiłam. William pokręcił przecząco głową.
- Nie - jakoś mu nie mogę uwierzyć. - Może wkrótce ją zobaczysz - ponownie się uśmiechnął miło, a mi się zrobiła jakoś lżej na sercu, ale nadal nie byłam co do niego pewna.
<William?>
- Kim jesteś? - zadałam pytanie, na którą oczekiwałam konkretnej i szybkiej odpowiedzi, bez owijania w bawełnę. Wtedy się podawał za jakiegoś policjanta. Rozejrzał się po salonie, po czym się odwrócił do mnie. Jego uśmiech mnie zauroczył. Taki przyciągający... Jednak go nie odwzajemniłam.
- Nazywam się William O'Brien - zaczął. Albo kłamał znowu, albo tym razem mówił prawdę, zważając na wcześniejszą tożsamość. - Od razu ci wytłumaczę, że jestem łowcą, a krukiem była twoja przyjaciółka Deborah - od razu twarz mi zbladła. Oddałam Deborah łowcy?! myślałam, że teraz pójdę sobie wbić nóż w głowę. Jak mogłam być taka głupia?!
- Zrobiłeś jej coś? - od razu zapytałam, nie dając mu dokończyć. Starałam się, aby mój głos był poważny, jednak w prawdzie to się o nią martwiłam. William pokręcił przecząco głową.
- Nie - jakoś mu nie mogę uwierzyć. - Może wkrótce ją zobaczysz - ponownie się uśmiechnął miło, a mi się zrobiła jakoś lżej na sercu, ale nadal nie byłam co do niego pewna.
<William?>
Serafina Griffot
Serafina Griffot
Typ postaci: Jest ona ogromnym Gryfem. Chodź zamiast z tyłu łap ma wilcze łapy. Jej skrzydła są ogromne. Bardzo panuje nad swoją przemianą gdyż od dzieciństwa uczyła się panować nad nią. KLIK
Życie:
- Wiek: 20
- Płeć:Kobieta
- Data Urodzin: 04.18
- Orientacja: heteroseksualna
Cechy Charakteru: Saf jest bardzo skryta i nie ufa nikomu. Ale też nie boi się powiedzieć o swoich uczuciach. Jest bardzo bojowa gdy broni swojego. Czasem też umie dokopać jak ktoś ją obrazi. Jest bardzo nieśmiałą na komplementy. Czasem też jest bardzo uczuciowa jak i kochana.
Nigdy nie zabiła jeszcze nikogo bezbronnego. Zabija tylko gdy jest zagrożona. Bardzo dobrze panuje nad swoim mutantem dogaduje się z nim wspaniale i współgra z nim. Saf jest bardzo opiekuńcza jak i lubi się zabawić. Nie lubi siedzieć w miejscu kocha podróże.
Aparycja: Ma kruczo czarne włosy i brązowe oczy. Jest bardzo szczupła. Jest bardzo wysportowana.
Partner: Emm... szuka... chyba
Umiejętności: Jest telepatką .Rusza przedmiotami za pomocą umysłu. Może tez telepatią poruszać czymś ciałem .Jest także bardzo wysportowana .
Rodzina: Ma braci: Eric, Nathaniel, Severus i Loki
Historia: Nie wie co się działo . Miała wypadek i zapomniała .
Kontakt: ArmagedonWolf [howrse]
Od Williama CD Alayn'y
Pierwsze, co pojawiło się w mojej głowie? Oboje XD
Ale nie.
W toku rozmowy i poznawania Debory okazało się, że nie należy do tych mutantów, które jak do tej pory miałem okazję poznawać... bezwzględne, patrzące tylko na to, by ktoś ich nie zdradził, swego rodzaju "pospolite". Nie. Deborah była inna. Jedyna w swym rodzaju, a przynajmniej jedyna wśród tych mutantów, które znam. Pozwoliła, by człowiek poznał jej tajemnicę, nie zabiła Alayn'y, zyskując w ten sposób przyjaciółkę, ryzykując demaskację. Do tego wieży, że to nie Alayna na nią doniosła. Jest o tym przekonana, powiedziała mi to... a ja ja w tym utwierdziłem, bo musiałbym skłamać, gdybym napuścił ją na Alayn'ę - tę dziewczynę, u której Deborę znalazłem.
Wśród łowców już od miesięcy krążyły plotki o tajemniczym mordercy-zwierzęciu grasującym w tym mieście. Mówiło się, że to albo psychol, który oswoił dzikie zwierzęta i wytresował je, by rozszarpywały ludzi, albo mutant, który zabija dla zabawy. Domyśliłem się, że bardziej prawdopodobna jest wersja druga. Zwierzęta choć próbowałyby pożreć swoje ofiary.
Ale w każdym razie... Deborah okazała się mutantem rzadkim. Prawdę mówiąc, nawet jedynym ze swojej rasy. Alphą, jak to mi zdradziła. Dzierzbą... Kasgo. Tak też ochrzciły ją media parę lat temu, kiedy to jej zbrodnie zaczęły być serią zabójstw. Ale razem z tym, jak zabija, ma też swoje życie. Mimo iż uparcie utrzymuje, że bardziej jest zwierzęciem, niż człowiekiem, przy tym przeżyła miłość. Szczerą i prawdziwą, a teraz cierpi przy każdym wspomnieniu o Lionell'u. Widać to po niej, choć stara się być zimna... stara się, lecz w jej oczach widać błysk smutku związanego ze śpiączka ukochanego. Zacząłem jej współczuć. Ja, bezwzględny łowca, kłusownik mutantów, zacząłem współczuć jednemu z tym potworów, które zwykłem z radością mordować. Oszczędziłem ją, lecz pozbawiłem pamięci o naszych rozmowach... niech nie wie, co mi powiedziała, co wiem, a czego nie. Zostawiłem ją w lesie, podając jej wcześniej środek leczniczy łowców... nie ma szybszego i skuteczniejszego poskramiacza ran od wyciągu z krwi mutantów.
Tymczasem udałem się do przyjaciółki Debory, Alayn'y, jak już wspomniałem... wydała się miła. Czemuż by więc nie poznać jej bliżej? I tym razem zapomniała rozsunąć zasuwki nim otworzyła mi drzwi, choć teraz odniosłem wrażenie, jakby zrobiła to celowo... nie miałem już na sobie udawanego munduru policyjnego. - ale szybko moje zdanie się zmieniło. Nie miała w planach trzymać drzwi zamkniętych, to tylko ludzka skleroza.
- Przepraszam... - Mruknęła, nim zamknęła mi drzwi przed nosem by po paru sekundach rozsunąć je całkowicie, już bez założonego łańcucha, jakby z całym impetem, jaki miała w rękach. Odniosłem wrażenie, jakby próbowała je wyrwać... - Tak? - Spytała po chwili.
- Witaj. - Przywitałem się, tym razem zdecydowanie mniej oficjalnym tonem. "Policjant po służbie." haha. Nie muszę zachowywać postawy uroczystej. Uśmiechnąłem się na samą tę myśl.
<Alayn'a? Daję wolną rękę xd>
Ale nie.
W toku rozmowy i poznawania Debory okazało się, że nie należy do tych mutantów, które jak do tej pory miałem okazję poznawać... bezwzględne, patrzące tylko na to, by ktoś ich nie zdradził, swego rodzaju "pospolite". Nie. Deborah była inna. Jedyna w swym rodzaju, a przynajmniej jedyna wśród tych mutantów, które znam. Pozwoliła, by człowiek poznał jej tajemnicę, nie zabiła Alayn'y, zyskując w ten sposób przyjaciółkę, ryzykując demaskację. Do tego wieży, że to nie Alayna na nią doniosła. Jest o tym przekonana, powiedziała mi to... a ja ja w tym utwierdziłem, bo musiałbym skłamać, gdybym napuścił ją na Alayn'ę - tę dziewczynę, u której Deborę znalazłem.
Wśród łowców już od miesięcy krążyły plotki o tajemniczym mordercy-zwierzęciu grasującym w tym mieście. Mówiło się, że to albo psychol, który oswoił dzikie zwierzęta i wytresował je, by rozszarpywały ludzi, albo mutant, który zabija dla zabawy. Domyśliłem się, że bardziej prawdopodobna jest wersja druga. Zwierzęta choć próbowałyby pożreć swoje ofiary.
Ale w każdym razie... Deborah okazała się mutantem rzadkim. Prawdę mówiąc, nawet jedynym ze swojej rasy. Alphą, jak to mi zdradziła. Dzierzbą... Kasgo. Tak też ochrzciły ją media parę lat temu, kiedy to jej zbrodnie zaczęły być serią zabójstw. Ale razem z tym, jak zabija, ma też swoje życie. Mimo iż uparcie utrzymuje, że bardziej jest zwierzęciem, niż człowiekiem, przy tym przeżyła miłość. Szczerą i prawdziwą, a teraz cierpi przy każdym wspomnieniu o Lionell'u. Widać to po niej, choć stara się być zimna... stara się, lecz w jej oczach widać błysk smutku związanego ze śpiączka ukochanego. Zacząłem jej współczuć. Ja, bezwzględny łowca, kłusownik mutantów, zacząłem współczuć jednemu z tym potworów, które zwykłem z radością mordować. Oszczędziłem ją, lecz pozbawiłem pamięci o naszych rozmowach... niech nie wie, co mi powiedziała, co wiem, a czego nie. Zostawiłem ją w lesie, podając jej wcześniej środek leczniczy łowców... nie ma szybszego i skuteczniejszego poskramiacza ran od wyciągu z krwi mutantów.
Tymczasem udałem się do przyjaciółki Debory, Alayn'y, jak już wspomniałem... wydała się miła. Czemuż by więc nie poznać jej bliżej? I tym razem zapomniała rozsunąć zasuwki nim otworzyła mi drzwi, choć teraz odniosłem wrażenie, jakby zrobiła to celowo... nie miałem już na sobie udawanego munduru policyjnego. - ale szybko moje zdanie się zmieniło. Nie miała w planach trzymać drzwi zamkniętych, to tylko ludzka skleroza.
- Przepraszam... - Mruknęła, nim zamknęła mi drzwi przed nosem by po paru sekundach rozsunąć je całkowicie, już bez założonego łańcucha, jakby z całym impetem, jaki miała w rękach. Odniosłem wrażenie, jakby próbowała je wyrwać... - Tak? - Spytała po chwili.
- Witaj. - Przywitałem się, tym razem zdecydowanie mniej oficjalnym tonem. "Policjant po służbie." haha. Nie muszę zachowywać postawy uroczystej. Uśmiechnąłem się na samą tę myśl.
<Alayn'a? Daję wolną rękę xd>
Kevin Wolfel
Kevin Wolfel
Głos: Crywolf
Rasa: Przemienia się w gryfa, który jest troszkę mniejszy od konia. Jego szpony są niewiarygodnie ostre.
Życie:
Aparycja: jego oczy są piwne, a włosy krótkie i sztywne o kolorze ciemnego blondu. Jest wysoki i w miarę umięśniony.
Partner: brak
Umiejętności: Jest świetnym parkourowcem. Poza tym szybko biega i ma dobrą kondycję. Nie należy do osób bardzo silnych, lecz do zręcznych i zwinnych owszem. Oprócz tego, że ma wyczulone zmysły, potrafi w formie ludzkiej krzyczeć, jak prawdziwy orzeł. Nie korzysta zbyt często z tej zdolności. Zazwyczaj podczas krzyku mniejsze ptaki uciekają, a drapieżniki do niego przylatują(o ile są w pobliżu).
Rodzina: Matka Olivia i o rok starszy brat Arthur. Ojca nie zna.
Historia: Nie jest ona zbyt ciekawa. Kevin urodził się niedaleko stąd, dokładniej w niewielkiej wiosce. Zanim skończył tydzień, jego ojciec zginął prawdopodobnie w wypadku samochodowym. Był on ponoć mutantem, z resztą, cała rodzina była mutantami. Matka musiała sama zajmować się rodzeństwem, które często się kłóciło. Pewnego dnia obydwoje zmienili formy i zaczęli ze sobą walczyć. W końcu Kevin wygrał, lecz o mało nie zabił brata. Gdy chłopak miał 18 lat, wyprowadził się. Miał już dość Arthura.
Inne: Ma klaustrofobię | Nie lubi czekolady | Z powodu pewnego wypadku stracił lewą nogę, od kolana w dół ma protezę, jednak jako gryf o dziwo ma nogę, a raczej łapę.
Kontakt: MagicznyRubin [howrse]
Chcesz papugę? Zarób i kup... po to stworzyliśmy sklep, aby z niego członkowie korzystali, kochany.
Głos: Crywolf
Rasa: Przemienia się w gryfa, który jest troszkę mniejszy od konia. Jego szpony są niewiarygodnie ostre.
Życie:
- Wiek: 22 lata
- Płeć: mężczyzna
- Data urodzin: 30.03
- Orientacja: heteroseksualna
Aparycja: jego oczy są piwne, a włosy krótkie i sztywne o kolorze ciemnego blondu. Jest wysoki i w miarę umięśniony.
Partner: brak
Umiejętności: Jest świetnym parkourowcem. Poza tym szybko biega i ma dobrą kondycję. Nie należy do osób bardzo silnych, lecz do zręcznych i zwinnych owszem. Oprócz tego, że ma wyczulone zmysły, potrafi w formie ludzkiej krzyczeć, jak prawdziwy orzeł. Nie korzysta zbyt często z tej zdolności. Zazwyczaj podczas krzyku mniejsze ptaki uciekają, a drapieżniki do niego przylatują(o ile są w pobliżu).
Rodzina: Matka Olivia i o rok starszy brat Arthur. Ojca nie zna.
Historia: Nie jest ona zbyt ciekawa. Kevin urodził się niedaleko stąd, dokładniej w niewielkiej wiosce. Zanim skończył tydzień, jego ojciec zginął prawdopodobnie w wypadku samochodowym. Był on ponoć mutantem, z resztą, cała rodzina była mutantami. Matka musiała sama zajmować się rodzeństwem, które często się kłóciło. Pewnego dnia obydwoje zmienili formy i zaczęli ze sobą walczyć. W końcu Kevin wygrał, lecz o mało nie zabił brata. Gdy chłopak miał 18 lat, wyprowadził się. Miał już dość Arthura.
Inne: Ma klaustrofobię | Nie lubi czekolady | Z powodu pewnego wypadku stracił lewą nogę, od kolana w dół ma protezę, jednak jako gryf o dziwo ma nogę, a raczej łapę.
Kontakt: MagicznyRubin [howrse]
Chcesz papugę? Zarób i kup... po to stworzyliśmy sklep, aby z niego członkowie korzystali, kochany.
Od Coriane
Biegnę. Słyszę przybliżający się tupot stóp. Szybko skręcam w boczną
uliczkę i chowam się za rogiem. Tuż obok mnie przebiega duża grupa
ludzi. Łowcy, pomyślałam i zaczęłam coraz bardziej chować się w cień.
Kiedy krzyki ucichły odwróciłam się na pięcie i pobiegłam w stronę lasu.
Kiedy znalazłam się pod osłoną drzew odetchnęłam z ulgą. Po chwili
jednak zorientowałam się, że dopóki sie jestem w domu, nie jestem
bezpieczna. Szybkim krokiem ruszyłam znaną mi dróżką. Po paru minutach
już stałam pod drzwiami. Zapukałam w drewno trzy razy. Otworzyła mi moja
mama. Jej mina wyrażała wszystko. Jej troskę, strach... Odsunęła się od
framugi by wpuścić mnie do środka.
- Jak ci poszło? - spytała gdy już siedziałyśmy w salonie. Pokręciłam głową. Znowu zawiodłam. przewinęło mi się przez myśl.
- Nic nie mam. - mruknęłam cicho i zrezygnowana wspięłam się na schody prowadzące do mojego pokoju. Gdy tylko weszłam do pomieszczenia rzuciłam się na łóżko. Coriane, uspokój się natychmiast. skarciłam w myślach sama siebie. Przecież to tylko twoja wina. mówiła do mnie druga część umysłu. Westchnęłam. Moje cudowne rozmyślania przerwało głośne i natarczywe pukanie do drzwi.
- Coria, otworzysz? - zapytała głośno matka. Pokręciłam głową z niedowierzaniem.
- Tak, jasne! - odkrzyknęłam i zbiegłam po schodach na dół. Podeszłam do drzwi i otworzyłam zdecydowanym ruchem. To co zobaczyłam, zaparło mi dech w piersiach. Był to najprzystojniejszy chłopak jakiego w życiu widziałam. Uśmiechnęłam się szeroko, jednak od razu zatuszowałam ten gest. Matko, dziewczyno, opanuj się! skarciłam się po raz kolejny tego dnia.
- Szukasz kogoś? - spytałam względnie miłym tonem.
William? <przepraszam, nie mam weny>
- Jak ci poszło? - spytała gdy już siedziałyśmy w salonie. Pokręciłam głową. Znowu zawiodłam. przewinęło mi się przez myśl.
- Nic nie mam. - mruknęłam cicho i zrezygnowana wspięłam się na schody prowadzące do mojego pokoju. Gdy tylko weszłam do pomieszczenia rzuciłam się na łóżko. Coriane, uspokój się natychmiast. skarciłam w myślach sama siebie. Przecież to tylko twoja wina. mówiła do mnie druga część umysłu. Westchnęłam. Moje cudowne rozmyślania przerwało głośne i natarczywe pukanie do drzwi.
- Coria, otworzysz? - zapytała głośno matka. Pokręciłam głową z niedowierzaniem.
- Tak, jasne! - odkrzyknęłam i zbiegłam po schodach na dół. Podeszłam do drzwi i otworzyłam zdecydowanym ruchem. To co zobaczyłam, zaparło mi dech w piersiach. Był to najprzystojniejszy chłopak jakiego w życiu widziałam. Uśmiechnęłam się szeroko, jednak od razu zatuszowałam ten gest. Matko, dziewczyno, opanuj się! skarciłam się po raz kolejny tego dnia.
- Szukasz kogoś? - spytałam względnie miłym tonem.
William? <przepraszam, nie mam weny>
Od Alayn'y cd. Debory
W co ja się wpakowałam? pytałam się sama siebie, pewnej nocy. Zaczęłam nad tym wszystkim myśleć. Ten kruk to była Deborah, ale może i nie. Sama nie wiem. Może te wszystkie dziwne... przekazania od niej, sobie wymyśliłam? Może mam jakieś urojenia? Nie mówiła mi, że się przemienia w ptaka. Wiem tyle, że to łania i wilk. Gdy ten mężczyzna przyszedł, zniknęły moje podejrzenia, że ten kruk to Deborah. Pozwoliłam mu zabrać tego ptaka. W końcu nie umiem się opiekować nad zwierzętami.
Od razu po ich zniknięciu, przeszukałam cały dom. Znalazłam dwie kamerki - jedną w łazience, nad prysznicem, a drugą w sypialni, na żyrandolu. Muszę przyznać, że na prawdę było je trudno znaleźć. Od razu je zniszczyłam.
Potem dwie noce były nie przespane. Ciągle miałam dziwne uczucie. Sama nie wiem o co chodziło. Miałam nawet koszmary z tym ptakiem, wilkami, zwierzętami leśnymi, tym człowiekiem, z Deborah... głównie w lesie, albo u mnie w domu. Śniły mi się takie cztery sny na dzień. To był koszmar. Zawsze wstałam nie wyspana. Ledwo co chodziłam.
Na trzeci dzień, ktoś zapukał do drzwi. Ponownie zapomniałam o łańcuchu, który trzymał je. Gdy je otworzyłam, prawie że wyrwałam drzwi z nawiasów. Ujrzałam jakiegoś mężczyznę. Wyższy ode mnie, blondyn.
- Tak?
<To kto odpisze? Deborah czy William?>
Od razu po ich zniknięciu, przeszukałam cały dom. Znalazłam dwie kamerki - jedną w łazience, nad prysznicem, a drugą w sypialni, na żyrandolu. Muszę przyznać, że na prawdę było je trudno znaleźć. Od razu je zniszczyłam.
Potem dwie noce były nie przespane. Ciągle miałam dziwne uczucie. Sama nie wiem o co chodziło. Miałam nawet koszmary z tym ptakiem, wilkami, zwierzętami leśnymi, tym człowiekiem, z Deborah... głównie w lesie, albo u mnie w domu. Śniły mi się takie cztery sny na dzień. To był koszmar. Zawsze wstałam nie wyspana. Ledwo co chodziłam.
Na trzeci dzień, ktoś zapukał do drzwi. Ponownie zapomniałam o łańcuchu, który trzymał je. Gdy je otworzyłam, prawie że wyrwałam drzwi z nawiasów. Ujrzałam jakiegoś mężczyznę. Wyższy ode mnie, blondyn.
- Tak?
<To kto odpisze? Deborah czy William?>
Coriane Rotten
Rasa: Coriane jest mutantem. Jej druga postać trochę przypomina wilka,
ale nie da się dokładnie określić czym ona jest. klik
Życie: Wypełnij poniższe.
- Wiek: 19 lat
- Płeć: Kobieta
- Data Urodzin: 6 listopada
- Orientacja: Heteroseksualna
Cechy Charakteru: Coriane jest bardzo spokojną i łagodną osobą. Prawie
nigdy się nie denerwuje, wszystkie informacje przyjmuje ze spokojem.
Bardzo wiele czasu spędza na rozmyślaniu i stwarzaniu nowych światów,
które istnieją tylko w jej głowie. Bardzo chciałaby mieć przyjaciół, ale
nie potrafi do nikogo zagadać. Jest bardzo nieśmiała, ale nie jest
słaba. Coriane rawie nigdy nie płacze i jest w stanie zrobić wszystko,
żeby dopiąć swego. Kiedy jest bardzo zdenerowowana (zdarza jej się to
raz na parę miesięcy) ucieka do lasu ze swoją gitarą i zbiera myśli. Ale
wystarczy tylko do niej zagdać i ją zrozumieć, żeby zdobyć jej przyjaźń
raz na zawsze.
Aparycja: Coriane jest bardzo szczupła. Wiele osób podejrzewa u niej anoreksję, ale ona już taka się urodziła. Ma bardzo długie miodowe włosy, które często spina w kucyk lub warkocz. Oczy dziewczyny są duże i błękitne. Jej sarni wzrok często przyciągał wielu facetów.
Partner: Rotten jeszcze nigdy nie była w nikim zakochana. Ale może...
Umiejętności: Coria bardzo dobrze jeździ konno. Oprócz tego Coriane jest bardzo wysporotowana. Postrafi wspiąć się na wysokie drzewo w ciągu kilku sekund. Strzelanie z łuku? O tak. Coria postrafi, jak to się mówi, trafić muchę w oko. Większości tych umiejętności nauczył jej ojciec, gdy jeszcze była małą dziewczynką.
Rodzina:
Ojciec: William Rotten †
Matka: Mare Rotten
Historia: Coriane urodziła się w małym domku w samym środku lasu. W wieku trzech lat dowiedziała się, że jej tata jest jednym z mutantów. Cóż, niezbyt się tym załamała. Dziewczynka była przeszczęśliwa. "Ja? Ja jestem małym pieskiem? Ale fajnie, ale fajnie!" zwykła krzyczeć. Nie można było jej wytłumaczyć, że ten jej "piesek" jest tak naprawdę wilkiem. Od małego uczyła się sztuk walki, które mogły jej się przydać w starciu z Łowcami. W dzień jej 10 - tych urodzin dowiedziała się, że jej ojciec nie żyje. Wstrząsnęło to nią do głębi. Coria musiała bardzo szybko dorosnąć. Starała się opanować swoje przemiany w wilka i po paru miesiącach treningu udało się jej. Teraz zmienia się w wilka kiedy chce. Coriane nadal mieszka w tym samym domku razem z matką. Ustanowiła sobie jeden ukryty cel - zabić jak największą ilość Łowców, aby pomścić ukochanego tatę.
Inne: Coria jest uzależniona od czekolady | Dziewczyna panicznie boi się pająków | Do perfekcji opanowała wiele języków
Kontakt: Reqiro [howrse]
Aparycja: Coriane jest bardzo szczupła. Wiele osób podejrzewa u niej anoreksję, ale ona już taka się urodziła. Ma bardzo długie miodowe włosy, które często spina w kucyk lub warkocz. Oczy dziewczyny są duże i błękitne. Jej sarni wzrok często przyciągał wielu facetów.
Partner: Rotten jeszcze nigdy nie była w nikim zakochana. Ale może...
Umiejętności: Coria bardzo dobrze jeździ konno. Oprócz tego Coriane jest bardzo wysporotowana. Postrafi wspiąć się na wysokie drzewo w ciągu kilku sekund. Strzelanie z łuku? O tak. Coria postrafi, jak to się mówi, trafić muchę w oko. Większości tych umiejętności nauczył jej ojciec, gdy jeszcze była małą dziewczynką.
Rodzina:
Ojciec: William Rotten †
Matka: Mare Rotten
Historia: Coriane urodziła się w małym domku w samym środku lasu. W wieku trzech lat dowiedziała się, że jej tata jest jednym z mutantów. Cóż, niezbyt się tym załamała. Dziewczynka była przeszczęśliwa. "Ja? Ja jestem małym pieskiem? Ale fajnie, ale fajnie!" zwykła krzyczeć. Nie można było jej wytłumaczyć, że ten jej "piesek" jest tak naprawdę wilkiem. Od małego uczyła się sztuk walki, które mogły jej się przydać w starciu z Łowcami. W dzień jej 10 - tych urodzin dowiedziała się, że jej ojciec nie żyje. Wstrząsnęło to nią do głębi. Coria musiała bardzo szybko dorosnąć. Starała się opanować swoje przemiany w wilka i po paru miesiącach treningu udało się jej. Teraz zmienia się w wilka kiedy chce. Coriane nadal mieszka w tym samym domku razem z matką. Ustanowiła sobie jeden ukryty cel - zabić jak największą ilość Łowców, aby pomścić ukochanego tatę.
Inne: Coria jest uzależniona od czekolady | Dziewczyna panicznie boi się pająków | Do perfekcji opanowała wiele języków
Kontakt: Reqiro [howrse]
William O'Brien
William O'Brien
Głos: Boy Epic
Typ/Rasa:
Przemienia się w coś na podobę ptaka i smoka zarazem - jest opierzony,
lecz przy tym jest dość spory, bo większy nawet od samego siebie w
ludzkiej postaci. Klik Nazywa się Corvo, co znaczy po prostu kruk. Jest jednak przy tym jednocześnie łowcą, dlatego lepiej nie bratać się z nim będąc mutantem. Od konia nie większy, się Armagedonie nie bój xd
Życie:
- Wiek: 22 lata
- Płeć: Mężczyzna... Zdaje się, że nie jesteś na tyle tępy, by tego nie dostrzec?
- Data Urodzin: 21 Grudnia
- Orientacja: Hetero
Cechy Charakteru: "Niektórzy twierdzą, że to demon
zesłany tu, by zniszczyć wszystkich tych, do których należy, a ich
odrzucił... lecz to tylko dziecko, które trafiło w złe towarzystwo, a
teraz boi się, że jeśli odejdzie - zginie."
William to
chłopak wiecznie tryskający energią, którego ulubionym zajęciem w wolne
wieczory jest poznawanie kolejnych dziewcząt, kandydatek na dziewczyny,
czy też po prostu kochanek na jedną noc. Różnie to z nim bywa... jest
raczej niestały w uczuciach, a przy tym niesamowicie pewny siebie -
pomaga mu w tym niemały narcyzm, jaki nie raz już okazał. Uwielbia
imprezy i nie kryje się z tym.
Uśmiech praktycznie nigdy nie
ucieka z twarzy Willa. Jego usta są wykrzywione ku górze właściwie w
każdej sytuacji, bo w każdej z nich potrafi dojrzeć dobre, godne
radości, strony. Nawet, gdy poluje na mutanty zdaje się prawie skakać z
radości mimo iż to akurat przyjemności sprawiać mu nie powinno - ale z
drugiej strony, w końcu po zabiciu takiego czeka go nagroda po powrocie
do klanu, prawda? I jak tu się nie cieszyć? Wystarczy złapać, zabić,
zdobyć trofeum i gotowe. A potem można iść do chłopaków z zespołu i
porzępolić trochę na gitarze, od tak, dla rozluźnienia...
Czasem może wydać się nawet nieco chamski, głównie dlatego, że mówi
raczej to, co myśli, nie owijając w bawełnę, nie czarując, nie
kłamiąc... chyba, że chce komuś zaimponować. Odrobina czaru jeszcze
nikomu nie zaszkodziła, prawda?
Jeśli chcesz go poznać, droga
wolna, strzeż się tylko... bo o ile nie jesteś stuprocentowym
człowiekiem, twoja przyszłość może prędko obrócić się prok, wraz z twoją
śmiercią... mutanty czują inne mutanty. Nie tak łatwo się skryć, jak
można by sądzić.
Aparycja: Wysoki i wysportowany blondyn
jasnej karnacji. Generalnie dobrze zbudowany, umięśniony... cóż tu
opowiadać? Wszystko widać na zdjęciu, ludzie! Spójrzcie na niego,
oceńcie... a nie opisywać mi każecie. Jedyne, co mogę tu dodać to fakt
iż na karku wytatuował sobie niewielki napis w języku japońskim znaczący
"Anioł śmierci" (死の天使).
Partner: Taki pewny siebie i
przystojny chłopak, w dodatku grający w zespole rockowym... miałby nie
znaleźć dziewczyny? Kogoś tam ma na oku... ale kto wie? Może inne tez
mają u niego szanse.
Umiejętności: William sam w sobie
nadzwyczaj uzdolniony nie jest. Ma oczywiście wszystkie atuty mutantów i
łowców - moce, przemianę, wyczulone zmysły... gadżety, ale jego jedynym
w pełni naturalnym i wrodzonym talentem jest jego zwinność. jak nikt
inny potrafi utrzymywać równowagę podczas gdy inni ją tracą...
Rodzina:
Prawda jest taka iż William nie zna swojej prawdziwej, biologicznej
rodziny. Prawdopodobnie miał coś wspólnego z doktorem, który stworzył
wszystkie mutanty - bo skąd niby wziąłby się u niego w tak młodym wieku?
- ale są to tyko domysły jego i łowców, którzy go przygarnęli. Za swoją
rodzinę uważa właśnie nich.
Historia: William trafił w
nietypowe miejsce już kilka dni po uwolnieniu się mutantów. Był wtedy
mały, nie potrafił jeszcze nawet sprawnie chodzić... małego Willa,
przemienionego w potwora, przygarnęła pewna kobieta imieniem Lila wraz
ze swoim mężem, Dexterem O'Brien. Wychował się więc w rodzinie łowców,
będąc jednocześnie jednym z tych, na których tak zażarcie teraz
poluje... do tego jest najwyższy rangą w zakonie. Nietypowe, prawda? Ale
jego moce pozwalają mu na więcej niż może zwykły człowiek... dlatego to
jest taki niebezpieczny dla mutantów.
So who’s it gonna be?
The one that you only need.
Dopiero
jakiś czas temu przeprowadził się do naszego miasta. Wcześniej
zamieszkiwał siedzibę główną łowców, zwaną Baltimore, jednak gdy
usłyszał w szeregach klanu, że tu szwęda się jeden z najrzadszych
mutantów - Alpha - postanowić go upolować... tyle, że coś poszło nie tak
i dwójka zawarła porozumienie. Cudem.
Inne:
- Jego pierwszym nazwiskiem było Graham, jednak wraz z zostaniem adoptowanym za niemowlaka przez O'Brien'ów, przejął ich nazwisko.
- Czerwone pióra w jego przemianie nocą świecą się na szkarłatno.
- jego ulubionym kolorem jest biały.
- Potrafi grać na gitarze, zarówno klasycznej jak elektrycznej, dlatego spełnia się w "garażowym" zespole muzycznym "Radmo" Grają Rocka.
Kontakt: The Lol Studios [Howrse.pl] thelolstudios38@gmail.com [e-mail] Avelly [Flight Rising]
Rebel O'Lean
Rebel O'Lean
<Tobias>
Głos: Axwell /\ Ingrosso
Rasa: Jest czymś podobnym do wilkołaka, jednak jego sierść jest zrobiona z tytanu. To przez domieszkę tego metalu w genach. klik
Głos: Axwell /\ Ingrosso
Rasa: Jest czymś podobnym do wilkołaka, jednak jego sierść jest zrobiona z tytanu. To przez domieszkę tego metalu w genach. klik
Życie:
- Wiek: 19 lat
- Płeć: Mężczyzna
- Data Urodzin: 9 marzec
- Orientacja: Hetero
Cechy Charakteru: Tobias nie jest typem nieśmiałego chłopaka. Wręcz
przeciwnie. Jest charyzmatyczny, i dobrze o tym wie. Najpierw robi,
potem myśli. Jest przystojny, dobrze walczy. Nie jest skromny, dobrze
zna swoje wartości. Chce być zawsze na pierwszym planie, jednak nie ma
fioła na punkcie swojego wyglądu. Od kiedy pamięta, nigdy nie płakał.
Jak coś chce, to bierze. Jest typem romantyka, ale kto wie? Może kiedyś
jakaś dziewczyna sprawi, że ograniczy się jedynie do niej? Jest
najbardziej szalonym chłopakiem jaki mógł istnieć. Uwielbia ryzyko i
dreszczyk emocji. Nie cofnie się przed niczym. Jeśli ktoś się z nim
założy, zawsze musi być na wygranej pozycji. Niczego nie żałuje, w
końcu nie da się cofnąć czasu. Zaciska szczękę i idzie dalej. Panicznie
boi się... Pająków. Tak, pająków.
Aparycja: Rebel jest dość niskim, zwinnym chłopakiem. Ma ciemne włosy i oczy. Jego uszy przyozdabiają niewielkie tunele. Na plecach ma duży tatuaż wilkołaka, jako że takowym jest mutantem.
Partner: Chciałby. Może jest na to zbyt nierozgarnięty.
Umiejętności: Bardzo dobrze się wspina. W walce stawia raczej na zręczność niż na siłę. Umie dobrze przekonywać ludzi do swoich poglądów. Jako mutant świetnie walczy. Jest szybki i zwinny. Jego sierść zapewnia dodatkową ochronę.
Rodzina: Jego ojciec Ventch, żyje gdzieś na krańcu świata. Nie widział go od kilku lat.
Historia: Cóż można napisać? Na początku swojego życia mieszkał razem z ojcem, który również był wilkołakiem. Uczył go wszystkich sztuczek potrzebnych do przetrwania, aż w końcu nadszedł czas rozstania z młodym. O matce nigdy nie było mowy. Rebel nie widział jej ani razu.
Inne: Boi się pająków | Nie lubi dźwięku styropianu | Ma bardzo czuły słuch
Kontakt: Rebel. | Howrse |
Aparycja: Rebel jest dość niskim, zwinnym chłopakiem. Ma ciemne włosy i oczy. Jego uszy przyozdabiają niewielkie tunele. Na plecach ma duży tatuaż wilkołaka, jako że takowym jest mutantem.
Partner: Chciałby. Może jest na to zbyt nierozgarnięty.
Umiejętności: Bardzo dobrze się wspina. W walce stawia raczej na zręczność niż na siłę. Umie dobrze przekonywać ludzi do swoich poglądów. Jako mutant świetnie walczy. Jest szybki i zwinny. Jego sierść zapewnia dodatkową ochronę.
Rodzina: Jego ojciec Ventch, żyje gdzieś na krańcu świata. Nie widział go od kilku lat.
Historia: Cóż można napisać? Na początku swojego życia mieszkał razem z ojcem, który również był wilkołakiem. Uczył go wszystkich sztuczek potrzebnych do przetrwania, aż w końcu nadszedł czas rozstania z młodym. O matce nigdy nie było mowy. Rebel nie widział jej ani razu.
Inne: Boi się pająków | Nie lubi dźwięku styropianu | Ma bardzo czuły słuch
Kontakt: Rebel. | Howrse |
Aaron Nightmare
Aaron Nightmare
<Blaise (czyt.Blejs)>
Głos: Fall Out Boy
Rasa: Oczywiście mutant. Przybiera postać coś pomiędzy wilkiem, a wilkołakiem. W sumie konkret to wielki wilk, tak ok. 2 metrów. klik
Życie: Wypełnij poniższe.
Rasa: Oczywiście mutant. Przybiera postać coś pomiędzy wilkiem, a wilkołakiem. W sumie konkret to wielki wilk, tak ok. 2 metrów. klik
Życie: Wypełnij poniższe.
- Wiek: 23 lata
- Płeć: Mężczyzna
- Data Urodzin: 23.07
- Orientacja: heteroseksualny
Cechy Charakteru: Blaise to pomocny chłopak i przyjacielsko nastawiony. Z
chęcią każdemu doradzi. Na ogół w sumie jest dość tajemniczy. Mało co
mówi o sobie, tak na prawdę nieliczni znają jego najgłębsze sekrety.
Jest odważny i inteligentny. Lubi ryzyko , ale trzeźwo myśli i wie kiedy
ma się powstrzymywać. Bliskiej mu osoby nigdy nie opuści. Jest wtedy
opiekuńczy i czuły. W sumie można powiedzieć , że ma dwie strony : dobrą
i złą. Wiadome że złą poznają wrogowie, a dobrą przyjaciele. Szczery,
ale jednak gdy musi to okłamie.
Aparycja: Brązowe włosy oraz niebieskie oczy. Jest również umięśniony.
Partner: może ma kogoś na oku.
Umiejętności: Hmm , jest bardzo silny i szybki. Może wysuwać pazury i kły wilcze, będąc człowiekiem. Świetnie włada bronią wszelkiego rodzaju , jak i walczy.
Rodzina: Głownie to nie, ale Silver Mysterious traktuje jak przybraną siostrę.
Historia: Zanim został mutantem , żył sobie spokojnie z młodszą siostrą i ojcem. Lekkie życie to, to nie było. Całe dnie spędzał sam opiekując się siostrzyczką. Tak na prawdę cały dom był na jego głowie, ponieważ ich ojciec całymi dniami pracował. Pewnego razu cała trójka miała wypadek samochodowy. W ich opla wjechała ciężarówka. Jego ojciec i siostra zginęli na miejscu. On trafił w krytycznym stanie do szpitala. Tam znalazł go ojciec Alexa , i wstrzyknął mu DNA mutanta. Wtedy właśnie przez parę lat Blaise, tak na prawdę pozwalał swojej drugiej połówce przejmować kontrolę. Ale do czasu.........zmieniło się to gdy przypomniał sobie kim tak na prawdę jest........a konkretniej CZŁOWIEKIEM!.
Inne: dowiesz się z czasem
Kontakt: wikas [howrse] wiktoriask@gmail.com [Gmail]
Aparycja: Brązowe włosy oraz niebieskie oczy. Jest również umięśniony.
Partner: może ma kogoś na oku.
Umiejętności: Hmm , jest bardzo silny i szybki. Może wysuwać pazury i kły wilcze, będąc człowiekiem. Świetnie włada bronią wszelkiego rodzaju , jak i walczy.
Rodzina: Głownie to nie, ale Silver Mysterious traktuje jak przybraną siostrę.
Historia: Zanim został mutantem , żył sobie spokojnie z młodszą siostrą i ojcem. Lekkie życie to, to nie było. Całe dnie spędzał sam opiekując się siostrzyczką. Tak na prawdę cały dom był na jego głowie, ponieważ ich ojciec całymi dniami pracował. Pewnego razu cała trójka miała wypadek samochodowy. W ich opla wjechała ciężarówka. Jego ojciec i siostra zginęli na miejscu. On trafił w krytycznym stanie do szpitala. Tam znalazł go ojciec Alexa , i wstrzyknął mu DNA mutanta. Wtedy właśnie przez parę lat Blaise, tak na prawdę pozwalał swojej drugiej połówce przejmować kontrolę. Ale do czasu.........zmieniło się to gdy przypomniał sobie kim tak na prawdę jest........a konkretniej CZŁOWIEKIEM!.
Inne: dowiesz się z czasem
Kontakt: wikas [howrse] wiktoriask@gmail.com [Gmail]
Sylvia Mysterious
Sylvia Mysterious
<Silver>
Głos: John Rivas
Rasa: Ahh to będzie bardzo ciekawe. Mutant połączony z łowcą. Tadam! Jej
forma jest dość dziwna. Ojciec był łowcą, a matka mutantem. No proszę,
ale nikt się nie spodziewał, że wyjdzie z niej taki... dziwny
mutant. Tak na prawdę nie można określić rasy tego mutanta. To jest wilk
połączony z ptakiem? Oczywiście wielkością, może jest wyższa od konia
huculskiego.
klik
Życie:
- Wiek: 20 lat
- Płeć: Kobieta
- Data Urodzin: 16.06
- Orientacja: heteroseksualna
Cechy Charakteru: Tajemnicza dziewczyna, która jednak zawsze jest
uśmiechnięta. Nigdy nie pokazuje, że cierpi , woli się cieszyć i śmiać.
Tak by wszyscy uważali , że jest radosna. Niektórzy uważają, że jej
zachowanie jest niedorzeczne, ale to dla tego , że nie wiedzą o co tak
na prawdę chodzi. Odważna i wierna swoim przyjaciołom. By kogoś chronić ,
oddała by nawet swoje życie. Jest sprytna i inteligentna. Potrafi w
mgnieniu oka obmyślić jakąś strategię, czy też dobre wyjście z jakiejś
sytuacji. Ale o dziwo jest zadziorna i odważna. Potrafi się obronić jak
i odgryźć.
Aparycja: Włosy długie, czarne oraz delikatnie kręcone. Oczy natomiast są piwne, wpadający w złoty kolor. Ma dość bladą cerę.
Partner: Chciałaby, jednak po przeszłości, woli się do nikogo nie zbliżać.
Umiejętności:Jak na drobną dziewczynę jest w miarę silna i jest wysportowana. Na ludzką postać ze swojej formy może przełożyć skrzydełka. A tak to nic nadzwyczajnego.
Rodzina: Przybrany brat: Aaron NightMare , rodzice oczywiście nie żyją.
Historia: Amm. Można powiedzieć , że wolałaby wymazać sobie wspomnienia. Tak na prawdę to Blaise ją tutaj zabrał, gdy ją poznał. Chociaż można powiedzieć, że po narodzinach, jej ojciec wymazał jej wszystko co było związane z łowcami. Żyła wtedy tylko jako mutant. Ale gdy niechcący zabiła jednego ze swoich, obudziła się w niej ta uśpiona cząstka łowcy. Teraz te dwie rasy walczą w niej, a ona próbuje je w sobie pogodzić.
Inne: 1
Aparycja: Włosy długie, czarne oraz delikatnie kręcone. Oczy natomiast są piwne, wpadający w złoty kolor. Ma dość bladą cerę.
Partner: Chciałaby, jednak po przeszłości, woli się do nikogo nie zbliżać.
Umiejętności:Jak na drobną dziewczynę jest w miarę silna i jest wysportowana. Na ludzką postać ze swojej formy może przełożyć skrzydełka. A tak to nic nadzwyczajnego.
Rodzina: Przybrany brat: Aaron NightMare , rodzice oczywiście nie żyją.
Historia: Amm. Można powiedzieć , że wolałaby wymazać sobie wspomnienia. Tak na prawdę to Blaise ją tutaj zabrał, gdy ją poznał. Chociaż można powiedzieć, że po narodzinach, jej ojciec wymazał jej wszystko co było związane z łowcami. Żyła wtedy tylko jako mutant. Ale gdy niechcący zabiła jednego ze swoich, obudziła się w niej ta uśpiona cząstka łowcy. Teraz te dwie rasy walczą w niej, a ona próbuje je w sobie pogodzić.
Inne: 1
-Kocha jeździć konno
-Ma sunie Chimere
-Ma sunie Chimere
-W pełnej formie wygląda niepozornie , ale lepiej żeby cię to nie zmyliło.
Kontakt: wikas [howrse] ,wiktoriask@gmail.com [Gmail]
Kontakt: wikas [howrse] ,wiktoriask@gmail.com [Gmail]
Leena Klammer
Leena Klammer
Głos: Britney Spears
Głos: Britney Spears
Życie:
Aparycja: Och, trzeba? Leena to dziecko. Średniej długości lekko podkręcane włosy, sięgające nieco za ramiona. Cera śniada, a oczy piwne. Wzrost dość wysokiej dziesięciolatki. Czyli bardzo niska jak na swój prawdziwy wiek.
Partner: Wątpię, że ktokolwiek podbije jej serce.
Umiejętności: O, Leena to skupisko talentów i pasji. Kto jednak zechce je odkryć?
Rodzina: Nie zna.
Historia: Wychowywała się w domu dziecka, normalnie chodziła do szkoły. Brak prawdziwej rodziny i ciepła od strony bliskich spowodowało, że wyrosła na koszmarną osobę. Nie miała przyjaciół ani w klasie, ani w najbliższym otoczeniu. Po kryjomu uczyła się walczyć nożem i strzelać z pistoletu, jako samouk. Bo przecież gdyby dowiedziały się o tym właścicielki sierocińca, to nie byłoby zbyt wesoło, prawda? W wieku dziesięciu lat przestała rosnąć, zostało to nawet stwierdzone przez wielu lekarzy. To był wielki cios dla niej i sprawiło to, że stała się jeszcze okropniejsza niż przedtem. Nie mogła już po prostu wyrobić z tymi wszystkimi okropnościami, które ją spotkały. Gdy ukończyła dziewiętnaście lat, samowolnie opuściła swój dotychczasowy dom i przeprowadziła się tutaj.
Inne: Brak.
Kontakt: micasa [howrse]
- Wiek: 33 lata - oczywiście nie można tego poznać po wyglądzie (jest karlicą, przestała rosnąć w wieku dziesięciu lat)
- Płeć: Kobieta
- Data Urodzin: 5.06
- Orientacja: Aseksualna
Aparycja: Och, trzeba? Leena to dziecko. Średniej długości lekko podkręcane włosy, sięgające nieco za ramiona. Cera śniada, a oczy piwne. Wzrost dość wysokiej dziesięciolatki. Czyli bardzo niska jak na swój prawdziwy wiek.
Partner: Wątpię, że ktokolwiek podbije jej serce.
Umiejętności: O, Leena to skupisko talentów i pasji. Kto jednak zechce je odkryć?
Rodzina: Nie zna.
Historia: Wychowywała się w domu dziecka, normalnie chodziła do szkoły. Brak prawdziwej rodziny i ciepła od strony bliskich spowodowało, że wyrosła na koszmarną osobę. Nie miała przyjaciół ani w klasie, ani w najbliższym otoczeniu. Po kryjomu uczyła się walczyć nożem i strzelać z pistoletu, jako samouk. Bo przecież gdyby dowiedziały się o tym właścicielki sierocińca, to nie byłoby zbyt wesoło, prawda? W wieku dziesięciu lat przestała rosnąć, zostało to nawet stwierdzone przez wielu lekarzy. To był wielki cios dla niej i sprawiło to, że stała się jeszcze okropniejsza niż przedtem. Nie mogła już po prostu wyrobić z tymi wszystkimi okropnościami, które ją spotkały. Gdy ukończyła dziewiętnaście lat, samowolnie opuściła swój dotychczasowy dom i przeprowadziła się tutaj.
Inne: Brak.
Kontakt: micasa [howrse]
Deborah Marmae
Deborah Marmae
[Czyt. debra marme]
<Deb>
Głos: Karliene
Rasa: Rasa mutanta, do której należy Deborah jeszcze nie została
do końca zdefiniowana. Jest ona wszystkim, a zarazem niczym szczególnym.
Dobrem w koszmarze, czarnym punktem na czystym prześcieradle. Wilkiem
między owcami... sama siebie nazywa Alphą, choć nieraz zdarzyło się jej zwrócić ku sobie Kasgo - Dzierzbo.
Przybiera wiele form, najczęściej jest to jednak stworzenie kuszące swą klasą i niewinnością - dumna łania, zdolna dokonać wiele więcej, niż się to niektórym zdaje, a także cichy, lecz wciąż żądny północnej krwi wilk.
W inne zwierzęta nieczęsto się przeobraża, choć niekiedy na niebie można dopatrzyć się krążącego ptaka, którego obawiają się nawet sokoły.
Życie:
Deborah idealnie kamufluje się wśród normalnych ludzi. Jest jako oni, póki chce, by tak myśleli, a nawet lepsza, bo nie zaślepiają jej zbyteczne ludzkie uczucia. Nie wiadomo, czemu taka jest. Podobno, gdy była jeszcze małym szkrabem, uwielbiała zabawiać się w berka i układać puzzle razem z dziećmi z sąsiedztwa. To dopiero gdy jej rodzice zginęli i trafiła do domu dziecka jej charakter począł się zmieniać... powoli, aż tamta niewinna dziewczynka zniknęła. Zastąpiła ją bestia, której nikt nie dostrzega, póki jest już za późno, by cokolwiek zrobić.
Czasem zdarzają się jej przebłyski normalności, odrzuconego człowieczeństwa, jednak są to sytuacje niezwykle rzadkie - do ich zaistnienia potrzeba odpowiedniej scenerii, postaci i słów. Idealnej kombinacji elementów, której nie zna nawet sama Deborah.
Aparycja: Zwykła, choć całkiem ładna, dziewczyna o brązowych oczach i średniej długości włosach o tej samej barwie. Ma jasną karnację, żadnych zdobień czy też wad, takich jak piegi czy pryszcze. Gładka cera, pełne usta, lekko zadarty nos.
Partner: Być może kiedyś odnajdzie tego, kto przywróci do jej duszy uczucia... obecnie jednak dla Deb nie ma miłości. Odeszła od niej lata temu, gdy zapomniała o swoim człowieczeństwie.
Umiejętności: Jej największym talentem jest piękny śpiew, jednak to jej przeciętność jest jej największym atutem - zwyczajność bowiem jest najlepszym sprzymierzeńcem potworów. idealnie się kamufluje, będąc w słońcu.
Historia: O Deborze niewiele można powiedzieć. Sama zdaje się nie chcieć pamiętać, co się z nią stało, i z całych sił stara się to ukryć. Wiadomo właściwie tylko tyle, że Deborah Marmae istnieje dopiero od kilku lat, a wszelkie akta z wczesnego życie Deb zniknęły bez śladu.
Inne: Kiedyś miała chłopaka, lecz po wypadku samochodowym zapadł w głęboką śpiączkę.
Kontakt: The Lol Studios [Howrse] thelolstudios32@gmail.com [e-mail]
Przybiera wiele form, najczęściej jest to jednak stworzenie kuszące swą klasą i niewinnością - dumna łania, zdolna dokonać wiele więcej, niż się to niektórym zdaje, a także cichy, lecz wciąż żądny północnej krwi wilk.
W inne zwierzęta nieczęsto się przeobraża, choć niekiedy na niebie można dopatrzyć się krążącego ptaka, którego obawiają się nawet sokoły.
Życie:
- Wiek: 21 lat
- Płeć: Oczywiście kobieta
- Data Urodzin: Niewiele ponad sekundę po północy dnia z 13 na 14 sierpnia
- Orientacja: Bi
Deborah idealnie kamufluje się wśród normalnych ludzi. Jest jako oni, póki chce, by tak myśleli, a nawet lepsza, bo nie zaślepiają jej zbyteczne ludzkie uczucia. Nie wiadomo, czemu taka jest. Podobno, gdy była jeszcze małym szkrabem, uwielbiała zabawiać się w berka i układać puzzle razem z dziećmi z sąsiedztwa. To dopiero gdy jej rodzice zginęli i trafiła do domu dziecka jej charakter począł się zmieniać... powoli, aż tamta niewinna dziewczynka zniknęła. Zastąpiła ją bestia, której nikt nie dostrzega, póki jest już za późno, by cokolwiek zrobić.
Czasem zdarzają się jej przebłyski normalności, odrzuconego człowieczeństwa, jednak są to sytuacje niezwykle rzadkie - do ich zaistnienia potrzeba odpowiedniej scenerii, postaci i słów. Idealnej kombinacji elementów, której nie zna nawet sama Deborah.
Aparycja: Zwykła, choć całkiem ładna, dziewczyna o brązowych oczach i średniej długości włosach o tej samej barwie. Ma jasną karnację, żadnych zdobień czy też wad, takich jak piegi czy pryszcze. Gładka cera, pełne usta, lekko zadarty nos.
Partner: Być może kiedyś odnajdzie tego, kto przywróci do jej duszy uczucia... obecnie jednak dla Deb nie ma miłości. Odeszła od niej lata temu, gdy zapomniała o swoim człowieczeństwie.
Umiejętności: Jej największym talentem jest piękny śpiew, jednak to jej przeciętność jest jej największym atutem - zwyczajność bowiem jest najlepszym sprzymierzeńcem potworów. idealnie się kamufluje, będąc w słońcu.
Historia: O Deborze niewiele można powiedzieć. Sama zdaje się nie chcieć pamiętać, co się z nią stało, i z całych sił stara się to ukryć. Wiadomo właściwie tylko tyle, że Deborah Marmae istnieje dopiero od kilku lat, a wszelkie akta z wczesnego życie Deb zniknęły bez śladu.
Inne: Kiedyś miała chłopaka, lecz po wypadku samochodowym zapadł w głęboką śpiączkę.
Kontakt: The Lol Studios [Howrse] thelolstudios32@gmail.com [e-mail]
Lucille Kramer
Lucille Kramer
Głos: Laïs
Życie:
Aparycja: Wysoka, przesadnie szczupła długonoga dziewczyna. Ma jasną cerę, naturalnie czarne włosy i szare oczy.
Partner: Brak.
Umiejętności: Jak przystało na artystkę, Lucille uwielbia malować, rysować, szkicować i wszystko, co z tym związane. Czasem popisze opowiadania i wiersze, ale skupia się bardziej na pracach plastycznych aniżeli literackich. Taniec współczesny i towarzyski jest jej główną dyscypliną sportową. Często chodzi do teatru i sama się w nim udziela, od czasu do czasu grając w filmach. Zrobiła już parę rzeźb, ale nie uznała tego za coś, co powinna kontynuować. Ponadto gra na skrzypcach i na pianinie.
Rodzina: Gdzieś tam jest.
Historia: W sumie historia Lucille nie jest pełna różnorakich zwrotów akcji, dziwnych zdarzeń i niedopowiedzeń. Po prostu urodziła się w Ameryce, w stanie Michigan i tam się wychowywała. Chodziła do szkoły artystycznej, gdzie rozwijała swoje pasje i talenty. Po ukończeniu studiów przeprowadziła się tutaj, gdzie odkryła, że na świecie są jakieś mutanty (nie powiem, zdziwiło ją to bardzo).
Inne: Brak.
Kontakt: micasa [howrse]
Życie:
- Wiek: 23 lata
- Płeć: Kobieta
- Data Urodzin: 1.01
- Orientacja: Heteroseksualna
Aparycja: Wysoka, przesadnie szczupła długonoga dziewczyna. Ma jasną cerę, naturalnie czarne włosy i szare oczy.
Partner: Brak.
Umiejętności: Jak przystało na artystkę, Lucille uwielbia malować, rysować, szkicować i wszystko, co z tym związane. Czasem popisze opowiadania i wiersze, ale skupia się bardziej na pracach plastycznych aniżeli literackich. Taniec współczesny i towarzyski jest jej główną dyscypliną sportową. Często chodzi do teatru i sama się w nim udziela, od czasu do czasu grając w filmach. Zrobiła już parę rzeźb, ale nie uznała tego za coś, co powinna kontynuować. Ponadto gra na skrzypcach i na pianinie.
Rodzina: Gdzieś tam jest.
Historia: W sumie historia Lucille nie jest pełna różnorakich zwrotów akcji, dziwnych zdarzeń i niedopowiedzeń. Po prostu urodziła się w Ameryce, w stanie Michigan i tam się wychowywała. Chodziła do szkoły artystycznej, gdzie rozwijała swoje pasje i talenty. Po ukończeniu studiów przeprowadziła się tutaj, gdzie odkryła, że na świecie są jakieś mutanty (nie powiem, zdziwiło ją to bardzo).
Inne: Brak.
Kontakt: micasa [howrse]
Alayna Valien
Alayna Valien
<Ala lub Ana>
Głos: Victoria Justice
Życie:
Aparycja: Wysoka dziewczyna, bardzo chuda. Ma długie brązowe i delikatnie falowane włosy. Jej oczy są piwne. Ma duży nos i usta, a kości policzkowe widoczne. Ma sylwetkę zgrabnej kobiety i tyle. Ubiera się elegancko, lubi czasem poparadować w sukienkach czy spódnicach. Nie chodzi na jakiś super wysokich butach. Chodzi prosto, tak jak była uczona. Ma blizny na ciele po wypadku
Partner: Chciałaby
Umiejętności: Silna? Bardzo [sarkazm]. Jest za to zwinna, szybka i zręczna. Świetnie się wspina, szybko biega, jednak nie umie walczyć, a nawet się bronić. Potrafi śpiewać, malować oraz grać na różnych instrumentach. Do tego potrafi szyć i świetnie gotuje. Szybko myśli i szybko wymyśla plany ucieczki. Niestety nie umie pływać. Niczego się nie brzydzi
Rodzina: Nie ma
Historia: Wychowywała się w rodzinie zastępczej, gdzie od małego była uczona manier. Nie wie co się stało z jej prawdziwymi rodzicami. Żyło jej się dobrze. Jednak po wypadku, gdzie została potrącona przez samochód, a potem oskarżona o morderstwo, uciekła tutaj. Teraz żyje legalnie i własnym życiem, w którym może wszystko.
Inne: Jest trochę zboczona | Uwielbia jeździć konno | Ma lęk wysokości | Osobiście toleruję mutanty, jednak nie chcę mieć z nimi do czynienia
1,2,3,4
Kontakt: Pandemonium. [Howrse]
<Ala lub Ana>
Głos: Victoria Justice
Życie:
- Wiek: 20 lat
- Płeć: Kobieta
- Data Urodzin: 19.02
- Orientacja: Hetero
Aparycja: Wysoka dziewczyna, bardzo chuda. Ma długie brązowe i delikatnie falowane włosy. Jej oczy są piwne. Ma duży nos i usta, a kości policzkowe widoczne. Ma sylwetkę zgrabnej kobiety i tyle. Ubiera się elegancko, lubi czasem poparadować w sukienkach czy spódnicach. Nie chodzi na jakiś super wysokich butach. Chodzi prosto, tak jak była uczona. Ma blizny na ciele po wypadku
Partner: Chciałaby
Umiejętności: Silna? Bardzo [sarkazm]. Jest za to zwinna, szybka i zręczna. Świetnie się wspina, szybko biega, jednak nie umie walczyć, a nawet się bronić. Potrafi śpiewać, malować oraz grać na różnych instrumentach. Do tego potrafi szyć i świetnie gotuje. Szybko myśli i szybko wymyśla plany ucieczki. Niestety nie umie pływać. Niczego się nie brzydzi
Rodzina: Nie ma
Historia: Wychowywała się w rodzinie zastępczej, gdzie od małego była uczona manier. Nie wie co się stało z jej prawdziwymi rodzicami. Żyło jej się dobrze. Jednak po wypadku, gdzie została potrącona przez samochód, a potem oskarżona o morderstwo, uciekła tutaj. Teraz żyje legalnie i własnym życiem, w którym może wszystko.
Inne: Jest trochę zboczona | Uwielbia jeździć konno | Ma lęk wysokości | Osobiście toleruję mutanty, jednak nie chcę mieć z nimi do czynienia
1,2,3,4
Kontakt: Pandemonium. [Howrse]
Cathrine Smith
Catherine Smith
<Cath, Cat>
<Cath, Cat>
Głos: Felix Jaehn
Rasa: Zmienia się w obcą formę życia. Której wystawiają z kręgosłupa kości. I która może wyjąć z rąk ostrza, które przetną wszystko. Klik Dalej próbuje nad obcą formą DNA zapanować.
Życie:
Aparycja: Białe jak śnieg włosy, zielone oczy. Jest bardzo szczupła jak i wysoka.
Partner: w nikim
Umiejętności: Jest bardzo przebiegła jak i szybka. Może oczarować nie jednego mutanta jak i człowieka. Umie zahipnotyzować i zrobić z mutanta lub człowieka marionetkę. Czasem pod wpływem emocji zmieniają jej się oczy.Umie zmieniać się w inną dziewczynę: klik
Historia: Niestety nie znała bardzo dobrze swojego ojca tak jak Alex. Naprawdę to przez całe życie on był dla niej ojcem... Widziała tylko ojca przez jakieś parę miesiące puki nie umarł. Teraz mieszka z bratem i uczy się panować nad obcym DNA
Inne: 1, 2, 3, 4, 5, 6
Rasa: Zmienia się w obcą formę życia. Której wystawiają z kręgosłupa kości. I która może wyjąć z rąk ostrza, które przetną wszystko. Klik Dalej próbuje nad obcą formą DNA zapanować.
Życie:
- Wiek: 20 lat
- Płeć: Kobieta
- Data Urodzin: 12.04
- Orientacja: Hetero
Aparycja: Białe jak śnieg włosy, zielone oczy. Jest bardzo szczupła jak i wysoka.
Partner: w nikim
Umiejętności: Jest bardzo przebiegła jak i szybka. Może oczarować nie jednego mutanta jak i człowieka. Umie zahipnotyzować i zrobić z mutanta lub człowieka marionetkę. Czasem pod wpływem emocji zmieniają jej się oczy.Umie zmieniać się w inną dziewczynę: klik
Historia: Niestety nie znała bardzo dobrze swojego ojca tak jak Alex. Naprawdę to przez całe życie on był dla niej ojcem... Widziała tylko ojca przez jakieś parę miesiące puki nie umarł. Teraz mieszka z bratem i uczy się panować nad obcym DNA
Inne: 1, 2, 3, 4, 5, 6
- Kocha psy i koty
- Uwielbia podróże
- Lubi agresywnych i dominujących mężczyzn
Kontakt: ArmagedonWolf [howrse] bobotuptus@gmail.com [Gamil]
Alex Smith
Alex Smith
Głos: Owl City
Rasa: Zmienia się w obcego. Ma w sobie DNA obcej komórki niepochodzącej z Ziemi. Na szczęście umie panować nad sobą. Zmienia się w takiego stwora: klik
Życie:
Głos: Owl City
Rasa: Zmienia się w obcego. Ma w sobie DNA obcej komórki niepochodzącej z Ziemi. Na szczęście umie panować nad sobą. Zmienia się w takiego stwora: klik
Życie:
- Wiek: 23 lata
- Płeć: Facet
- Data Urodzin: 02.11
- Orientacja: Hetero
Cechy Charakteru: Alex jest bardzo pomocnym jak i wrażliwym
facetem. Nie lubi gdy ktoś cierpi . Zawsze pomoże mutanta. Kocha ryzyko i
adrenalinę ale bardziej podróże. Uwielbia eksperymentować jak jego
ojciec. Jest bardzo dobrym chemikiem i zna wiele lekarstw. Samodzielnie
wymyśla rożne rzeczy. Jest bardzo opanowany. Chodź i tak jego obce DNA
chce przejąć kontrole to i tak opanowuje to. Jest bardzo sprytny jak i
kochany. Dla swej miłości zrobi wszystko nawet poświęci życie. Opiekuje
się swoją siostrą . Pomaga jej opanować obce DNA. Jest bardzo tajemniczy
jak i prawdomówny chyba że chodzi o laboratorium czy mutanty .
Aparycja: Brązowe, krótkie włosy tak samo jak oczy. Jest bardzo umięśniony. Jest także wysportowany.
Partner: na razie nie
Umiejętności: Ma DNA obcego dzięki temu możne zlokalizować każda osobę na świecie. Jest bardzo szybki jak i zwinny jak na mutanta . Ma także dobre maskowanie się w terenie. Strzela kolcami z ogona. Nadludzka siła , jest bardzo silny .
Historia: Ojciec, który stworzył mutanty, był jego prawdziwym ojcem, lecz ojciec chciał by jego dzieci tez coś odziedziczyły i wstrzyknął im DNA obcego. Ojciec nauczył go robić antidotum by mutant przybrał formę ludzką, a także tworzenia mutantów. Ale od jego śmierci Alex stara się zapanować nad obcym i pomóc zapanować nad obcym siostry. Tworzy rożne urządzenia, eliksiry i bronie na wszelki wypadek gdy byłby bunt ludzi i chcieliby się nas pozbyć.
Inne: 1, 2, 3, 4
Aparycja: Brązowe, krótkie włosy tak samo jak oczy. Jest bardzo umięśniony. Jest także wysportowany.
Partner: na razie nie
Umiejętności: Ma DNA obcego dzięki temu możne zlokalizować każda osobę na świecie. Jest bardzo szybki jak i zwinny jak na mutanta . Ma także dobre maskowanie się w terenie. Strzela kolcami z ogona. Nadludzka siła , jest bardzo silny .
Historia: Ojciec, który stworzył mutanty, był jego prawdziwym ojcem, lecz ojciec chciał by jego dzieci tez coś odziedziczyły i wstrzyknął im DNA obcego. Ojciec nauczył go robić antidotum by mutant przybrał formę ludzką, a także tworzenia mutantów. Ale od jego śmierci Alex stara się zapanować nad obcym i pomóc zapanować nad obcym siostry. Tworzy rożne urządzenia, eliksiry i bronie na wszelki wypadek gdy byłby bunt ludzi i chcieliby się nas pozbyć.
Inne: 1, 2, 3, 4
- Kocha koty
- Ma kota Silvera
- Nnigdy się nie zakochał
- Uwielbia czytać książki
Kontakt: ArmagedonWolf [Howrse] bobotuptus@gmail.com [Gmail]
Od Catherine cd Aaron
-Za to że nie mogę ciebie zabić - uśmiechałam się
- Ej no.. - uśmiechnał sie
Zaczęliśmy się chlapać wodą. Nagle ja zanurkowałam pod wodę tak samo jak on .
Zpałał mnie za biodra i przyciągnał do siebie. Próbowałam sie wyrawać ale nie mogłam. Przestałam się szamotać i spojrzałam mu w oczy .On wtedy puścił a ja mogłam szybko wynurzyć się i wyjść z wody . O też po woli wyszedł .
- Coś sie stało ?-zapytał
- Nie nic... - odwróciłam wzrok
Aaron sory że krótkie wena prysła....
- Ej no.. - uśmiechnał sie
Zaczęliśmy się chlapać wodą. Nagle ja zanurkowałam pod wodę tak samo jak on .
Zpałał mnie za biodra i przyciągnał do siebie. Próbowałam sie wyrawać ale nie mogłam. Przestałam się szamotać i spojrzałam mu w oczy .On wtedy puścił a ja mogłam szybko wynurzyć się i wyjść z wody . O też po woli wyszedł .
- Coś sie stało ?-zapytał
- Nie nic... - odwróciłam wzrok
Aaron sory że krótkie wena prysła....
Od Aarona cd Catherine
Spojrzałem na Cat i uśmiechnąłem się chytrze. Dziewczyna spojrzała na mnie zdziwiona.
-No co?-zapytała
-Ja to bym inaczej ją wykorzystał -poszerzyłem uśmiech
-Doprawdy? A jak -dopytała
-A tak -powiedziałem.
Jeszcze przed naszą rozmową zdjąłem buty i skarpetki. Podbiegłem do niej, łapiąc ją za rękę i skacząc do wody. Tym samym , ciągnąc ją za sobą.
Polecieliśmy razem do wody. Dziewczyna jako pierwsza się wynurzyła.
-Aaron! Zatłukę Cię!-usłyszałem jej śmiech.
Szybko złapałem ją od spodu i się wynurzyłem , trzymając ją na rękach.
Dziewczyna pisnęła i spojrzała na mnie zszokowana.
-Mam Cię!-zaśmiałem się - No ja nie wiem, czy dobrze by było mnie zatłuc. W końcu z kim byś się tak dobrze bawiła? -dodałem i uśmiechnąłem się szeroko. Za to dostałem wodą w twarz. Zrobiłem minę zbitego psa.
-A to za co?-powiedziałem z wyrzutem
(Cat?)
-No co?-zapytała
-Ja to bym inaczej ją wykorzystał -poszerzyłem uśmiech
-Doprawdy? A jak -dopytała
-A tak -powiedziałem.
Jeszcze przed naszą rozmową zdjąłem buty i skarpetki. Podbiegłem do niej, łapiąc ją za rękę i skacząc do wody. Tym samym , ciągnąc ją za sobą.
Polecieliśmy razem do wody. Dziewczyna jako pierwsza się wynurzyła.
-Aaron! Zatłukę Cię!-usłyszałem jej śmiech.
Szybko złapałem ją od spodu i się wynurzyłem , trzymając ją na rękach.
Dziewczyna pisnęła i spojrzała na mnie zszokowana.
-Mam Cię!-zaśmiałem się - No ja nie wiem, czy dobrze by było mnie zatłuc. W końcu z kim byś się tak dobrze bawiła? -dodałem i uśmiechnąłem się szeroko. Za to dostałem wodą w twarz. Zrobiłem minę zbitego psa.
-A to za co?-powiedziałem z wyrzutem
(Cat?)
Od Alex'a cd Sylvia
- Jest moim pierwszym Mutantem zrobionym przezemnie - odpałem z uśmiechem
- On też jest mutantem - zdziwiła sie
- Tak jest nawet silniejszy od mutanta z Obcym DNA - odpałem
- Co nie możliwe jak jest silniejszy od obcego to jakie on ma DNA
- Ma moje , mojej siostry i paru innych mutantów i buala najsilniejszy mutant
- A kontroluje on siebie - zapytała
- No ba lepiej niż ja siebie - odparłem - Jest najlepszy oczywiście ja tak uważam chroni mnie jak narazie i Cat - odparłem
Sylvia ?
- On też jest mutantem - zdziwiła sie
- Tak jest nawet silniejszy od mutanta z Obcym DNA - odpałem
- Co nie możliwe jak jest silniejszy od obcego to jakie on ma DNA
- Ma moje , mojej siostry i paru innych mutantów i buala najsilniejszy mutant
- A kontroluje on siebie - zapytała
- No ba lepiej niż ja siebie - odparłem - Jest najlepszy oczywiście ja tak uważam chroni mnie jak narazie i Cat - odparłem
Sylvia ?
Od Sylvii cd Alex
Spojrzałam na niego, gdy się nade mną nachylał. W końcu odsunął się , a ja wzięłam głęboki wdech.
-Nie jest tak źle. Ale może kiedyś , wszystko się zmieni. I uda mi się pogodzić i łowcę i mutanta -wyjaśniłam
-To jest raczej niemożliwe -dodał zdziwiony
-Raczej. Jest mała cząstka nadziei. Skoro moi rodzice się nie pozabijali...........to jednak może się uda -odparłam
-Obiecałem że pomogę. Obietnicy dotrzymam -powiedział pewnie
Uśmiechnęłam się jedynie i ponownie upiłam łyk herbaty. Nagle usłyszałam miauknięcie. Po chwili kot pojawił się obok mnie. Wyciągnęłam rękę i go pogłaskałam.
-Silver, się przy patoczył -zażartował Alex.
Kot imieniem Silver, przyjął jedynie dumną postawę i zwinął się w kulkę na moich kolanach. Zaśmiałam się cicho i zaczęłam ponownie głaskać kota.
-Jaki dumny kot-uśmiechnęłam się
(Alex?)
Od Catherine cd Rebel
- Emm sory że przeszkadzam... - odparłam
- Nie przeszkadzasz- odparł grubym głosem
- Amm ja myślę coś innego
Spojrzał na mnie przechylając głowę .
- Nie gap sie tak co nie widziałeś dziewczyny w takiej sukni ?
- No nie - odparł
- Bo sama ja uszyłam..
- Jestem Rebel - odparł
- Cat - odparłam - Ale ja już musze iść..
Odparłam i poszłam. Nie miałam ochoty z nikim gadac. Poszłam daleko w głąb lasu . Usiadłam na kamieniu i patrzyłam w ziemie rozmyślajac .
Rebel ?
- Nie przeszkadzasz- odparł grubym głosem
- Amm ja myślę coś innego
Spojrzał na mnie przechylając głowę .
- Nie gap sie tak co nie widziałeś dziewczyny w takiej sukni ?
- No nie - odparł
- Bo sama ja uszyłam..
- Jestem Rebel - odparł
- Cat - odparłam - Ale ja już musze iść..
Odparłam i poszłam. Nie miałam ochoty z nikim gadac. Poszłam daleko w głąb lasu . Usiadłam na kamieniu i patrzyłam w ziemie rozmyślajac .
Rebel ?
Od Rebel cd Catherine
- Było blisko. - Szepnąłem i oddaliłem się od drzewa. A więc ona też
musiała być mutantem. Albo po prostu dobrodusznym człowiekiem. Miałem
ochotę zaszyć się gdzieś w lesie. Moja wilcza postać wreszcie chciała
wyjść na powierzchnię. Nie przemieniałem się już od kilku dni, więc
pobiegłem aleją w stronę lasu. Nie wystarczyło wejść na brzeg lasu. Aby
nie zostać wykrytym, musiałem zagłębić się na jakieś pięć kilometrów.
Gdy dotarłem na miejsce moja zwierzęca część przejęła nade mną kontrolę.
Nareszcie. Brakowało mi tego wielkiego, owłosionego, śmierdzącego
mokrym psem cielska. Brakowało mi bycia wilkołakiem. Zawyłem głośno i
zacząłem biegać bez celu. Gdy byłem już zmęczony położyłem się pod
drzewem i zamknąłem oczy. Pogrążyłem się w myślach. Nic mnie teraz nie
obchodziło, byłem tylko ja i szum drzew. Może i lubię żyć pełnią życia,
ale czy nie warto również korzystać z takich drobiazgów jak szum drzew,
czy śpiew ptaków? Niestety nie warto, kiedy zostają one przerwane przez
trzask łamanej gałązki obok mnie. Momentalnie stanąłem na nogi. A raczej
łapy.
Catherine?
Catherine?
Od Debory CD Alayn'y
Najwyraźniej była przekonana, że to właśnie ja. Krzyknęła moje imię i wzięła mnie na ręce mówiąc coś do mnie, jednak ja miałam w tej chwili w głowie tylko kilka słów. Kurwa, ale cholernie boli. i właściwie tylko je w tym momencie słyszałam, widząc, jak wielka rana na moim brzuchu zabarwiła, wcześniej śnieżnobiały bandaż, na szkarłatną barwę mojej krwi. Nie odczuwałam już, bym dalej krwawiła. Najwyraźniej wypłynęło ze mnie już tyle ów cieczy, że dalsze krwawienie było wręcz niemożliwe. Musiałabym pewnie zemdleć, a tego zrobić nie mogłam...
- Co ci się stało?! - przebiło się przez zaporę bólu. Nie mogłam odpowiedzieć... coś utrudniało mi, ba, uniemożliwiało, przemianę w człowieka. W obecnej formie nie mogę mówić. Złe struny głosowe, mowa nie jest możliwa. Spróbowałam chociaż zakrakać, lecz i to zdawało się niemożliwe. Wydobyłam z siebie jedynie dziwaczny pisk zduszony przez zaciśnięte gardło.
Nieświadomie zacisnęła dłonie na moim korpusie. Kurwa, puść mnie! Uszczypnęłam ją w palec, który, szczęśliwie dla mnie, trzymała tuż przy mojej głowie. Ledwie utrzymała mnie na rękach, sycząc. Z jej kciuka wyleciała niewielka kropla krwi, lecz na tym się skończyło... Ciesz się, że cię go nie pozbawiłam! Łypnęłam na nią, wciąż odczuwając przy tym skutki jej mocnego uścisku. A teraz połóż mnie tam... Wskazałam na wyglądającą przyjaźnie poduszkę na fotelu w salonie Alayn'y. Chyba zrozumiała, bo czym prędzej popędziła mnie na niej ułożyć... udało się jej nawet zrobić to tak, by nie pogorszyć mojego stanu. Dzięki. Uklęknęła przy mnie, przyglądając mi się za każdym razem, gdy otwierałam z trudem oczy. Cóż, starałam się zasnąć... i nie wychodziło mi to najlepiej.
Usłyszałam dzwonek do drzwi, a przy tym zapach... znajomy. Świeżo poznany. Nie... Nie! Tylko nie on... Alayna podeszła do drzwi mimo przerażenia, które okazałam dostatecznie wyraźnie. Pewnie go nie dostrzegła... Dlaczego ludzie muszą tak szybko się dekoncentrować!? wystarczyłby jeszcze ułamek sekundy! U-ła-mek, aby zobaczyła, że nie chcę, by ON tu wszedł!
Spróbowała otworzyć drzwi, lecz zapomniała o łańcuszku, który je przytrzymywał... och, dzięki bogom opiekującym się nad moją zwierzęcą duszą!
- Tak? - Dziewczyna spytała się blondyna.
- Witam. Nazywam się Walter Zalansky, wezwano mnie do pani. Sąsiedzi twierdzą, że coś się u pani dzieje. - Zakomunikował i wysunął przez szparę w wejściu odznakę policyjną... No bez żartów! Policją będziesz teraz czarować? Zadziałało. Alayna wpuściła "Zalanskyego".
- Hm... a cóż to za maleństwo? - Spytał zasmuconym głosem kucając nade mną. Jego szyderczy uśmieszek chyba pozostanie w mojej głowie po kres moich dni.
- Wleciał tu chwilę temu. Biedak, coś musiało go zaatakować. - Powiedziała Alayn'a. Kiepsko zło jej kłamanie... lepiej się zamknij. Spojrzałam wściekle na nią. Chyba zrozumiała bo przełknęła ślinę i zacisnęła zęby.
- W porządku... - Pwiedział gość. - Czy mógłbym się rozejrzeć dookoła? - Spytał. - Wie pani, tak dla pewności, czy aby na pewno nikogo tu nie ma. - Czyżby puścił do niej oczko? Kiwnęła głową więc wstał. Zaczął pozorować zwiedzanie mieszkania... poważnie?
Alayna za to od razu podbiegła do nie.
- To on ci to zrobił? - Spytała, jakby nie mogła się tego domyślić o własnych siłach. Tak, kurwa, to on... a tys go tu wpuściła! Już po mnie, rozumiesz? PO MNIE! Czy ona na prawdę odebrała to jako "nie"? Ratujcie mnie, o Bogowie! Walter Skończył i wrócił do nas.
- Wygląda na to, że nikt na panią nie czyha. - Zaśmiał się. - Jeśli pani pozwoli, zabiorę ptaszka ze sobą. Mam u siebie już dwie ranne papugi porzucone przez właścicieli i wróbla, który rozbił się w zeszły piątek o okno sąsiada. Kruczkowi na pewno nic u mnie nie grozi. - Nieźle udajesz, przyznaję... uwierzyła ci.
- Tak... proszę. - Powiedziała. Przez ciebie jutro będę martwa, wielkie dzięki. Ale przynajmniej wiem, że to nie ona na mnie doniosła. Wiedziałaby, kim on jest. I to bynajmniej nie "jakimś tam Walterem Zalanskym", a raczej jednym z najniebezpieczniejszych łowców. Poznaję go... ten, który kiwnął się z łap śmierci. Mutant wychowany przez łowców, wyrzutek obu grup, a jednocześnie diament w pierścieniach ich członków. Ten, który zabija swoich pobrateńców. Nie pamiętam jego prawdziwego nazwiska... zawsze podaje się z jakiegoś innego, a jednocześnie przy tym żaden mutant jeszcze się mu nie kiwnął. Najwyraźniej będę kolejną kruczą łapka w jego woreczku na trofea.
- Ciekawe, jak się czujesz, kiedy zabijasz takich, jak ty. - Powiedziałam. Wiem, że on mnie rozumie... mutanty znają swoja mowę, nie tak, jak zwykli ludzie.
- Zwyczajnie - Stwierdził. - Jestem tylko ciekaw, co wy czujecie wiedząc, że za chwilę będziecie martwi. - Zaśmiał się.
- Zwyczajnie. - Sparowałam. - A ty? - Dodałam, gdy poczułam zastrzyk w karku. Podał mi środek cofający efekt braku przemiany. Bezzwłocznie zmieniłam formę. Skurwiel, zdążył odłożyć mnie na ziemię! - Brawo. - Skwitowałam. Przez chwilę milczał, w końcu jednak któreś musiało pęknąć.
- Nie myśl sobie, że dam ci się zmienić. - Stwierdził, łapiąc mnie mocno za rękę chwile przed przemianą w wilka. - I tak ci się nie uda. - Na jego twarzy znów pojawił się ten złośliwy uśmieszek. Nawet nie próbowałam. Wiem, że stałoby się coś cholernie nieprzyjemnego. - Lubi cię? - Spytał. Domyśliłam się, że chodzi o Alay'nę.
- Tak. Od pewnego czasu się przyjaźnimy. - Powiedziałam. Półprawda to, lecz chyba uwierzył. - A co?
- Zgadywałem. - Kolejny zastrzyk... kolejna dziurka w skórze, tym razem w ręce.Cholera... ile on ma ze sobą tych strzykawek!?
Obudziłam się w lesie. Tam, gdzie spotkałam się z nim pierwszy raz... po nim samym ani śladu. Zostawił tylko małą karteczkę, na która od razu się rzuciłam. Zaraz... jestem zdrowa?! Spojrzałam na brzuch. Po ranach ani śladu. Nie pamiętam nawet, co stało się po ostatnim zastrzyku.
Do spodu kartki była przytwierdzona strzykawka... kolejna? z dopiskiem "Starczy na jakiś tydzień. Gdybyś chciała zasmakować normalności."
<Alayna? Deb nie zdziwi się nawet, jeśli William cię odwiedzi xd zajrzyj na zakładkę członków
- Co ci się stało?! - przebiło się przez zaporę bólu. Nie mogłam odpowiedzieć... coś utrudniało mi, ba, uniemożliwiało, przemianę w człowieka. W obecnej formie nie mogę mówić. Złe struny głosowe, mowa nie jest możliwa. Spróbowałam chociaż zakrakać, lecz i to zdawało się niemożliwe. Wydobyłam z siebie jedynie dziwaczny pisk zduszony przez zaciśnięte gardło.
Nieświadomie zacisnęła dłonie na moim korpusie. Kurwa, puść mnie! Uszczypnęłam ją w palec, który, szczęśliwie dla mnie, trzymała tuż przy mojej głowie. Ledwie utrzymała mnie na rękach, sycząc. Z jej kciuka wyleciała niewielka kropla krwi, lecz na tym się skończyło... Ciesz się, że cię go nie pozbawiłam! Łypnęłam na nią, wciąż odczuwając przy tym skutki jej mocnego uścisku. A teraz połóż mnie tam... Wskazałam na wyglądającą przyjaźnie poduszkę na fotelu w salonie Alayn'y. Chyba zrozumiała, bo czym prędzej popędziła mnie na niej ułożyć... udało się jej nawet zrobić to tak, by nie pogorszyć mojego stanu. Dzięki. Uklęknęła przy mnie, przyglądając mi się za każdym razem, gdy otwierałam z trudem oczy. Cóż, starałam się zasnąć... i nie wychodziło mi to najlepiej.
Usłyszałam dzwonek do drzwi, a przy tym zapach... znajomy. Świeżo poznany. Nie... Nie! Tylko nie on... Alayna podeszła do drzwi mimo przerażenia, które okazałam dostatecznie wyraźnie. Pewnie go nie dostrzegła... Dlaczego ludzie muszą tak szybko się dekoncentrować!? wystarczyłby jeszcze ułamek sekundy! U-ła-mek, aby zobaczyła, że nie chcę, by ON tu wszedł!
Spróbowała otworzyć drzwi, lecz zapomniała o łańcuszku, który je przytrzymywał... och, dzięki bogom opiekującym się nad moją zwierzęcą duszą!
- Tak? - Dziewczyna spytała się blondyna.
- Witam. Nazywam się Walter Zalansky, wezwano mnie do pani. Sąsiedzi twierdzą, że coś się u pani dzieje. - Zakomunikował i wysunął przez szparę w wejściu odznakę policyjną... No bez żartów! Policją będziesz teraz czarować? Zadziałało. Alayna wpuściła "Zalanskyego".
- Hm... a cóż to za maleństwo? - Spytał zasmuconym głosem kucając nade mną. Jego szyderczy uśmieszek chyba pozostanie w mojej głowie po kres moich dni.
- Wleciał tu chwilę temu. Biedak, coś musiało go zaatakować. - Powiedziała Alayn'a. Kiepsko zło jej kłamanie... lepiej się zamknij. Spojrzałam wściekle na nią. Chyba zrozumiała bo przełknęła ślinę i zacisnęła zęby.
- W porządku... - Pwiedział gość. - Czy mógłbym się rozejrzeć dookoła? - Spytał. - Wie pani, tak dla pewności, czy aby na pewno nikogo tu nie ma. - Czyżby puścił do niej oczko? Kiwnęła głową więc wstał. Zaczął pozorować zwiedzanie mieszkania... poważnie?
Alayna za to od razu podbiegła do nie.
- To on ci to zrobił? - Spytała, jakby nie mogła się tego domyślić o własnych siłach. Tak, kurwa, to on... a tys go tu wpuściła! Już po mnie, rozumiesz? PO MNIE! Czy ona na prawdę odebrała to jako "nie"? Ratujcie mnie, o Bogowie! Walter Skończył i wrócił do nas.
- Wygląda na to, że nikt na panią nie czyha. - Zaśmiał się. - Jeśli pani pozwoli, zabiorę ptaszka ze sobą. Mam u siebie już dwie ranne papugi porzucone przez właścicieli i wróbla, który rozbił się w zeszły piątek o okno sąsiada. Kruczkowi na pewno nic u mnie nie grozi. - Nieźle udajesz, przyznaję... uwierzyła ci.
- Tak... proszę. - Powiedziała. Przez ciebie jutro będę martwa, wielkie dzięki. Ale przynajmniej wiem, że to nie ona na mnie doniosła. Wiedziałaby, kim on jest. I to bynajmniej nie "jakimś tam Walterem Zalanskym", a raczej jednym z najniebezpieczniejszych łowców. Poznaję go... ten, który kiwnął się z łap śmierci. Mutant wychowany przez łowców, wyrzutek obu grup, a jednocześnie diament w pierścieniach ich członków. Ten, który zabija swoich pobrateńców. Nie pamiętam jego prawdziwego nazwiska... zawsze podaje się z jakiegoś innego, a jednocześnie przy tym żaden mutant jeszcze się mu nie kiwnął. Najwyraźniej będę kolejną kruczą łapka w jego woreczku na trofea.
- Ciekawe, jak się czujesz, kiedy zabijasz takich, jak ty. - Powiedziałam. Wiem, że on mnie rozumie... mutanty znają swoja mowę, nie tak, jak zwykli ludzie.
- Zwyczajnie - Stwierdził. - Jestem tylko ciekaw, co wy czujecie wiedząc, że za chwilę będziecie martwi. - Zaśmiał się.
- Zwyczajnie. - Sparowałam. - A ty? - Dodałam, gdy poczułam zastrzyk w karku. Podał mi środek cofający efekt braku przemiany. Bezzwłocznie zmieniłam formę. Skurwiel, zdążył odłożyć mnie na ziemię! - Brawo. - Skwitowałam. Przez chwilę milczał, w końcu jednak któreś musiało pęknąć.
- Nie myśl sobie, że dam ci się zmienić. - Stwierdził, łapiąc mnie mocno za rękę chwile przed przemianą w wilka. - I tak ci się nie uda. - Na jego twarzy znów pojawił się ten złośliwy uśmieszek. Nawet nie próbowałam. Wiem, że stałoby się coś cholernie nieprzyjemnego. - Lubi cię? - Spytał. Domyśliłam się, że chodzi o Alay'nę.
- Tak. Od pewnego czasu się przyjaźnimy. - Powiedziałam. Półprawda to, lecz chyba uwierzył. - A co?
- Zgadywałem. - Kolejny zastrzyk... kolejna dziurka w skórze, tym razem w ręce.Cholera... ile on ma ze sobą tych strzykawek!?
Obudziłam się w lesie. Tam, gdzie spotkałam się z nim pierwszy raz... po nim samym ani śladu. Zostawił tylko małą karteczkę, na która od razu się rzuciłam. Zaraz... jestem zdrowa?! Spojrzałam na brzuch. Po ranach ani śladu. Nie pamiętam nawet, co stało się po ostatnim zastrzyku.
"Nie ma za co, Deborah. Skoro okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują, nie zabiję cię. Współczuje z powodu Lionell'a. Nie zdziw się, jeśli mnie jeszcze spotkamy... wolałbym nie zrywać kontaktu. Trzymaj się dobrze.
Twój nowy znajomy i sprzymierzeniec, William."
Twój nowy znajomy i sprzymierzeniec, William."
<Alayna? Deb nie zdziwi się nawet, jeśli William cię odwiedzi xd zajrzyj na zakładkę członków
piątek, 23 października 2015
Od Alex'a cd Sylvia
- Postaram ci się pomóc - odparłem z uśmiechem
- Dziękuje ale wątpię by coś pomogło - odparła
- Ale warto spróbować - odparłem z uśmiechem - Nie prawda ?
- Tak - odparła z lekkim uśmiechem
-Mogę zobaczyć znamie - zapytałęm
-Tak - odsłoniła ramie gdzie było znamie .
Obejrzałem znamie dokładnie .
-Kiedy masz te zapały Łowcy - zpapytałem
- Kiedy widze mutanta - odparła
Wstałem i poszedłem do laboratorium Więziom gazę i na nią wylałem płyn. Wziąłem też bandaż i wróciłem do niej . Przyłożyłem gaze do znaminia i zawiazałem bandażem .
- A teraz... ?- odparłem - Powinno pomóc gdy masz cheć zabić mutanta .
- Co w tym jest - zapytała
- Hormon mutanta - odparłem
Sylvia ?
- Dziękuje ale wątpię by coś pomogło - odparła
- Ale warto spróbować - odparłem z uśmiechem - Nie prawda ?
- Tak - odparła z lekkim uśmiechem
-Mogę zobaczyć znamie - zapytałęm
-Tak - odsłoniła ramie gdzie było znamie .
Obejrzałem znamie dokładnie .
-Kiedy masz te zapały Łowcy - zpapytałem
- Kiedy widze mutanta - odparła
Wstałem i poszedłem do laboratorium Więziom gazę i na nią wylałem płyn. Wziąłem też bandaż i wróciłem do niej . Przyłożyłem gaze do znaminia i zawiazałem bandażem .
- A teraz... ?- odparłem - Powinno pomóc gdy masz cheć zabić mutanta .
- Co w tym jest - zapytała
- Hormon mutanta - odparłem
Sylvia ?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

