Teraz oto i stałam przed barem, na który wyciągnęli mnie znajomi. Był
ładny i zadbany, ale nie sprawiał wrażenia zbytnio przyjemnego. W oknach
widać było tańczących ludzi oraz hołotę - czyli dziwacznych upitych
facetów podrywających dziewczyny w dość... niekonwencjonalny sposób.
- I wy to lubicie? - jęknęłam, patrząc z odrazą na kolegów i koleżanki.
- Daj spokój, Lucy...
- Lucille - poprawiłam - To jest jeden wielki chlew. Wolę domowe prywatki.
Ben przewrócił oczami, po czym złapał mnie za ramię i wciągnął do
środka, a za nami potruchtała - jak rodzina kaczek - reszta paczki.
Głośna muzyka od razu
uderzyła do mojej głowy tak, że aż mnie uszy zabolały. Usiadłam na
barowym krzesełku, jedynym wolnym, między jakimiś śmierdzącymi alkoholem
mężczyznami. Powstrzymałam odruch wymiotny i zamówiłam mały kieliszek
białego wina. Odrażała mnie wódka i inne świństwa, które doprowadzały
ludzi do utraty umysłu i myślenia. Dobre, wykwintne wino to jedyny
alkohol, który cenię.
Wzięłam kieliszek w ręce i rozejrzałam się po klubie. Gdzie mogłabym
usiąść? Zostało tylko jedno wolne miejsce, obok jakiegoś mężczyzny. Nie
był pijany, jak większość ludzi tutaj. Usadowiłam się obok niego.
- Cześć, jestem Lucille - zagadałam, by zabić nudę. Wszyscy moi znajomi szaleli na parkiecie, a ja chciałam chwilę odsapnąć.
Alex?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz